Pukanie do drzwi. O nie, nie ma mowy, nie wstaję. Jeszcze raz pukanie. Mowy nie ma, nie po to od pół godziny przebijam się drewienkiem przez stalagmity naskórka i czynię manikjur na szponach, żeby teraz w połowie drogi rzucić wszystko i otworzyć drzwi komuś, kto nie był nawet zaproszony. Dzwonek. No nie, to już chamstwo. OK. mam zamontowany dzwonek, ale czy to od razu znaczy, że trzeba go używać wedle własnego „widzimisię”? Nie! Pukanie już mu nie starczy, dzwonić będzie, dzwonnik kurwa jeden. W pizdu. Wynurzam się, jak ta topielica z łóżka, z falban zmiętej kołdry i draperii prześcieradła. Jeszcze tylko załapać pion. Kroczę dumnie, napięta jak struna, niczym te afrykańskie kobiety – one noszą na głowach dzbany z wodą, ja niosę zatokową bombę zegarową, zamontowaną w czaszce, na wysokości czoła. Już tyka, czuję, chuj jasny mnie strzela… a ten dzwoni i dzwoni. Otwieram. I już, już mrużę oczy, ostrzę szpikulce, żeby bez namysłu zajebać gnoja, w emocjonalnym spazmie, afekcie, czymkolwiek co rozgrzesza, uniewinnia. I nie ma. No nie ma na wysokości mej głowy, osadzonej na wyprostowanej szyi, zamontowanej przecież na wypiętym jak struna tułowiu. Szlag mnie trafi, krasnal mi się trafił ogrodowy, hobbit, pokemon przeklęty. Jedną ręką opieram się o framugę, drugą podtrzymuję dzban, w którym niemiłosiernie już chlupocze, grzebienie fal dobierają się do linii brzegowej skroni, skrobią, promieniują zatoczkami do uszu. Sztorm. Zmieniam kąt o 35 stopni i w końcu widzę. Na oko jakieś 11 lat. Najprawdopodobniej płeć męska, bo teraz to trudno tych młodych odróżnić, nawet jak pełnoletniość osiągają. Dziecina z krzyża zdjęta, ale z takiego co to na polach stoi i do czegoś się przydaje. Ot, myślę sobie, Atlas, który w przyszłości będzie dźwigał na barach ciężar emerytur takich starych krów, jak ja. No chyba, że czmychnie gdzieś za miedzę. Dziecię chce wynieść śmieci, za drobną opłatą. O, biznesmen! Biznes-żyłka pompuje krew do mózgu. Może niech zostanie w kraju, dorobi się smarkacz jeden, wszystkim będzie lepiej. Póki co wskazuję milionerowi na dorobku kosz, dziś samoobsługa, wszystko na wynos. Pojęcia nie mam ile płaci się za tego typu usługę. Niby nic, pół minuty roboty. Z drugiej strony narażać się milionerowi, może i mnie pozwoli kiedyś wyrzucić swoje śmieci. Niech ma, niech stracę. Nie wiem na co zbiera. Zawsze mówią, że na chleb. A wiadomo, że na piwo, albo te całe dopalacze. I trują się młodzi, duszą wolnością, gazują nudą i brakiem zainteresowania. Na koniec zasychają na cmentarzach, odwiedzani przez zwiędłych rodziców z plastykowym światełkiem w dłoni. Sztuczne światełko w tunelu.