Zima rozluźniła uścisk, ulice zalały się słonymi łzami, termometry przepowiadają kolejne zmartwychwstanie. Świeżo połamane nogi, pogruchotane karoserie i zasmarkane nosy dowodzą, że ludzie zwyczajnie nie mają poczucia humoru, nie znają się na żartach. Brak wątpliwości i spokojny sen nie zawsze wychodzi na zdrowie.
Zamiast skupić się na pełnej polotu i humoru reklamie firmy, dyryguję papierosem kolejne takty Archive, grają odkładnie, jak im każę. Zamykam oczy i udaję, że wcale nie stoi przede mną laptop, nie widzę jego rozwartej gęby i świecącego pustką dokumentu. Podglądam strony konkurencji, może jakiś pomysł, punkt wyjścia lub choćby zaczepienia. Nic. Kserobite banialuki, nekrologi. Jestem w kropce. Na piśmie potrafię reklamować jedynie siebie.
W ramach reanimacji obumarłej przyjaźni, umawiamy się w sobotę do pubu o wdzięcznej nazwie „Budda”. Zestaw personalny jest wierną kopią obłożenia stołu w uczelnianym bufecie. Po krótkim wstępie zaczyna się tyrada o pracy, każdy w swoją mańkę. Jak stare zgredy, wynudzone japiszony, tyle, że bez apartamentów, odrzutowców i wakacji w pierdo-lulu. Jedynie E. siedzi jak zwykle cicho, mruga oczu oceanem i bezgłośnie przeprasza za swoją obecność. Proponuję jej pracę, potrzebna sekretarka od zaraz, nie musi wiele umieć, powinna jedynie szybko się uczyć i być z polecenia osoby zaufanej. Dziecko ma odchowane, może posłać do żłoba, nie widzę problemu. Sypię jej mannę z nieba prosto do ust. Nigdy wcześniej nie pracowała, dwa lata po studiach spędzone na niańczeniu dziecka marynarza, na rynku pracy jest bez szans. Dziękuje za propozycję, przeprasza, nie skorzysta. Nie próbuje nawet silić się na entuzjazm, jest w ciąży. Waham się chwilę za długo. Nie wiem … gratulować, współczuć. Pieprzona aporema. Ostatecznie w pierwszej kolejności gratuluję, potem współczuję. Co na to mąż? Podobnie. Jeśli E. ledwo daje sobie radę z jednym berbeciem, co będzie przy dwójce? Pytam domniemanego ojca o dawcę spermy. Patrzy jak na idiotkę. Pytam drugi raz, okazuje się, że jego. Tak więc to Twój szczęśliwy numerek. Jak nie możesz zajmować się dziećmi, to ich nie rób. Albo zmień pracę. Etap wyjścia z wody mamy już za sobą, drogą ewolucji doczłapaliśmy się na ląd. Chyba, że nie bez przyczyny jesteś marynarzem? Obraża się. W końcu ktoś musi zarabiać, jak nie on to kto? E. udaje, że nie słyszy. Słyszała. Cóż miała zrobić, przytaknąć?
Palcem na mapie planuję wakacje. Kilometry przeliczam na złotówki, złotówki na Euro. Kuba chce do Juraty, siła przyzwyczajenia. Niestety, nie żartował. Urażony moim rozbawieniem pośpiesznie zaczyna się usprawiedliwiać, że ładnie, że nie tak drogo, ma ulubione miejsca, hotele. Postuluje kompromis. Wybieram wolność i samotność w Turcji. Tak się kończą kompromisy z blondynkami, odwieczny konflikt północy z południem. Mój chłód onieśmiela, jego żar spala. Podręcznikowe love story z dramatem w zanadrzu, tak bardzo nośne w teorii, tak strasznie niepraktyczne w życiu. Nie moja bajka.