Powiadają, że społeczeństwo zaczyna się izolować, przenosić codzienność do Internetu, pompować w tętnice światłowodów życie, marzenia, sekrety. Oczywiście w szerszej perspektywie jest to groźne, choć nie bardziej niż smutne, ale kto dziś trudzi się myśleniem o perspektywach. Tym bardziej, że zataczane przez nie kręgi obejmują w najlepszym wypadku nasze grobowce, lub groby naszych dzieci. Dalej wzrokiem sięgać się nie chce. Stąd pociąg do rzeczy prostych, tanich, łatwych, dostępnych. Z ekonomicznego punktu widzenia – usprawiedliwione. Nie żebym była fanką portali społecznościowych i czatów. Ale naprawdę rozumiem tych, którzy uprawiają relacje z ludźmi na gadu, facebooku czy twitterze. Na okoliczność ostatniego wyjścia ze znajomymi musiałam spędzić 2 godziny w łazience, dwa razy zapłacić za taksówkę, sikać w publicznym kiblu (czego nienawidzę), płacić po 25 zł za drinka, a na papierosa wychodzić przed lokal (był mróz). Zamiast cackać się z becikowym, panowie rajcy powinni zainwestować w fundusz interpersonalny dla młodych, bo jak tak dalej pójdzie, to rodziny zakładać będą jedynie wirtualnie w kolejnych częściach Simów. Ale, przecież nie o tym chciałam. Jak zwykle w niedzielę rano buszowałam z kubkiem kawy po necie i trafiłam na stronkę whataasecret.com. Czyli anonimowy ekshibicjioniznm, o dziwo nie polegający na wrzucaniu rozbieranych fotek, a dzieleniu się z resztą użytkowników sekretami. Laski są nudne, pochłonięte wyglądem, wagą. Czyli żadna tajemnica. Za to faceci… naprawdę, polubiłam co najmniej kilku. Mój faworyt: I wish something bad would happen to me just so that i could act as depressed as I feel.
Zintegrowana z pluszem fotela w komunikacji miejskiej wychlam oko znad książki i macam wzrokiem bliźnich. Nie ja jedna. Gdzie nie spojrzeć dzieje się jedno wielkie macanie, orgia spojrzeń, błysk tęczówek i nerwowe kulanie gałek z góry na dół. Leniwy i zadufany w swej głupocie naród, zawsze oddaje się rozrywkom płytkim i łatwym w dostępie. Zasuszone kobiety z teleskopami na nosie, studentki przebrane za dziwki (jak wiadomo uniwersytet rozwija wszystkie zdolności, między innymi głupotę), gimnazjaliści plujący pod nogi, nie, oni nigdy nie poddali się torturze myślenia… jazgot szeptów, uśmieszków, karcących marszczeń brwi, szydzących drgań i wibracji warg. Każdy dosiadający się na kolejnym przystanku intruz, musi stawić czoło tubylcom. Równie dobrze mógłby nadstawić gardło do poderżnięcia. Tylko dwie starowinki siedzące przy oknie mają poważniejsze zmartwienie – czy radioaktywna chmura znad Japonii dotrze do Polski? W ‘Fakcie’ napisali, że to możliwe, że już frunie… pewnie trzeba będzie kwiaty z balkonu pozdejmować. Wracam do książki. Kołakowski rozprawia się ze stereotypami, że Polacy niby odważni, ale mało konsekwentni. Wiadomo, że nie zawsze, nie każdy. Ponoć mądry też Polak po szkodzie. I muszę zawierzyć na słowo, że tacy jednak istnieją.
Poza tym czytam, naprawdę sporo i ćwiczę… naprawdę sporo, a sen doładowuję alkoholem, jak telefon na kartę. I na powrót jestem bezpańska.