Rozstania, powroty do łona matki, szybkie cięcia, powolne zastyganie. Bliskim dzieją się dramaty, a mnie jednej nie. Zawracam sobie głowę nieistotnościami, coraz to dziwniejszymi książkami, podejrzaną muzyką, bezwstydnie drogimi telefonami, kochankami. Obok giną mężowie, odchodzą ci, co mieli być na zawsze, zawodzą niezawodni. I sama już nie wiem, czy faktycznie warto żyć chwilą, czy jednak rzucać okiem kilka kroków w przód i trwać w stanie czuwania, zakładać to co najgorsze i unikać rozczarowań. Nie wiem. I godzę się na to. Nie sposób uniknąć bezradności, a ręce i tak nie obejmą ogromu losu, jaki nas czeka.
Kraków zaczyna trącać rutyną, która parzy pierwszymi oznakami wyobcowania. Wyczerpał mi się zachwyt, ciekawość rozmieniłam na przyziemność i „przygody” w czterech ścianach. Piękna, gładka i pachnąca czekam na samca z obiadem. Muskam palcami ideał kury domowej z amerykańskiej opery mydlanej. Zaopiekowany od strony żołądka T. wspaniałomyślnie proponuje mi zaopatrzyć się w kochanka, skoro on sam jest na lekach i nie tylko nie może, ale nawet nie ma ochoty móc. Tak po prostu przypomniał sobie, że ostatni raz seks uprawialiśmy w 2009. Niby gest dobrej woli, dojrzałości. Dla mnie początek końca, znam siebie na tyle dobrze. Przed snem fantazjuję o twardych członkach spoconych dresiarzy z sianem w głowie i ogniem w majtkach, uciekając jednocześnie z objęć T. w najdalszy zakamarek łóżka.
Umawiamy się z R. na wypad do nowo otwartych podziemi Rynku Głównego. Nie ma dzikich tłumów. Ciekawscy pewnie już się przewinęli, a szczerze zainteresowanych jest zawsze mniej. Poza tym to nie sezon – w sezonie zwiedzanie wymusza się programem wycieczek, poza nim skraca się godziny otwarcia lub obniża ceny biletów. W miejscu, gdzie jest dziś Stary Rynek, znajdował się niegdyś cmentarz. Na potrzeby rozbudowy miasta, zmarli musieli ustąpić miejsca żywym. Jest coś przerażającego w muzeach nowej ery. Dużo więcej w nich techniki, mulitmedialnych zabawek dla dzieciaków, niż prawdziwych reliktów. Można podziwiać rozmach, pochwalić pomysłowość, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że forma czczona jest nieco bardziej od treści.
Z S. nie wdziałam się od jakiegoś roku. Niegdyś bliska znajomość, gładko przeszła w higieniczny układ spełniający wszelkie normy dobrego wychowania, sterylny, dopełniony delikatną nutą wyblakłego sentymentu i życzeń świątecznych. O urodzinach nie pamiętamy, to już zbyt intymne. W listopadzie zginął jej mąż. Napisała o tym na Facebooku… kilka godzin po wypadku. Zresztą jej 11-letnia córka uczyniła to samo. Z trzewi wydobyło mi się obrzydzenie, takie pierwsze, bezwarunkowe, organiczne. Jak zareagować na tak podaną wiadomość? Komentarz, kliknąć „lubię to”, prywatna wiadomość? Nekrolog spleciony ze spóźnionym wyznaniem miłości, wciśnięty między życzenia urodzinowe i FarmVille. Jakie to wszystko kurwa na miejscu. Zrobiłam jedno wielkie nic. Sparaliżował mnie wstyd, za nią, za swoją niemoc. Udawałam, że nic nie wiem. Niech sprzeda mi to po staremu - po ludzku. W łonie mojej wrażliwości XXI-wieczny format reklamowania odejścia najbliższych wciąż jest na etapie inkubacji. Sprzedaje z okładem, a jakże. O mężu mówi niewiele, na pierwszy plan wysuwa się ona, dzielna wdowa, która nie wyobraża sobie życia bez ukochanego męża. Jeszcze nie tak dawno, kiedy żył i był tępym, brutalnym skurwielem, chciała rozwodu. Żyjącym życzmy śmierci, ale o zmarłych ani złego słowa. Różowe okulary i morda na kłódkę post mortem.
Podobno muzyka klasyczna nie tylko koi nerwy, ale także stymuluje intelekt. Rzekomo przeprowadzono nawet przerażająco poważne badania na ten temat. Uczniowie traktowani Mozartem uzyskiwali o kilka punktów więcej w testach na inteligencję, w porównaniu z testem wykonywanym po przebywaniu w zupełnej ciszy. Tzw. „efekt Mozarta”. Jezu, gdybym wiedziała wcześniej. Mozarta polubiłam dopiero po 20-tce, a to już za późno na lifting IQ. Ciekawe czy od słuchania Dody rosną cycki?