MAŁE TRZĘSIENIA ZIEMI

2010-07-28

Podziwiam osoby, które ze stoickim spokojem oglądają wiadomości. Mnie to przerasta, nie rozumiem wyświetlanych strzępów obrazów, prowizorycznie łatanych fastrygą bełkotu. Śmierć w katastrofie lotniczej staje się męczeństwem, chęć umierania za symbolicznie skrzyżowane drewienko protestem, nawoływanie do przemocy i morderstwa kontrmanifestacją, a walka z nietolerancją wynaturzeniem. Do tego powszechnie cenione mądre głowy wikłają się w bezcelowy dialog i naiwnie rzucają grochem o ścianę. Może i w naturze nawożenie gleby gównem sprawdza się wyśmienicie i gwarantuje zdrowy plon, jednak w przypadku ludzi zupełnie się to nie sprawdza – skutkuje ciemnogrodem. Potrzeba oświecenia przekroczyła stan alarmowy. Powódź, ulice zalewa szlam, błoto, gówno.

Powinnam pochować fiuta swojego faceta na Wawelu. Idealnie by tam pasował. Jego bezczynność i bezużyteczność są wystarczającą legitymizacją, nie będzie odstawał w żadnym tego słowa znaczeniu. Okazuje się jednak, że mój pierworodny lęk przed związkami był uzasadniony. A może to teraz taka moda? Ile użyjesz „przed” to twoje, a potem czapa, inwestuj w emocje, fundamenty, podwaliny, okna, drzwi, a nie prymitywne, egoistyczne instynkty. Trudno, jestem niereformowalną egoistką. Do tego nie na tyle głupią, żeby ślubować constans i „hubowanie” na dobre i złe. A już myślałam, że przyjdzie mi przed 30-tką ustatkować się, uspokoić. Ni chuja. Bycie razem to kataklizm.

T. nie lubi moich znajomych, nie potrafi się odnaleźć, skutecznie namierzyć wysyłanych sygnałów, sam strzela na oślep, nieskutecznie. Za obopólnym, milczącym przyzwoleniem towarzysko rozwodzimy się, wspólny zbiór znajomych pojawia się jedynie w rozmowach, wieczornych wiadomościach z życia znanych, ale nie lubianych. Sama też udaję się na rocznicę ślubu D. i J. D. jest wykształconą, pracowitą kobietą, która z większym bądź mniejszym trudem pląsa przez kolejne życiowe poprzeczki, które sama sobie zawiesza. Skrępowana gorsetem zasad i stereotypów nie bryluje w towarzystwie, brak jej polotu, choćby nieznacznie odbiegającej od normy inteligencji. J. to dusza towarzystwa. Elastyczny, zaradny, potrafiący się odnaleźć w każdej sytuacji, ale leniwy sybaryta. Znajduje ukojenie i bezpieczne ciepło macicy przy stonowanej i wyważonej D. Ona zaś przy nim łudzi się, że potrafi zaszaleć, być wolna. Mimo partykularnych niedoskonałości, tworzą zjawiskowa parę. Nie taką, której się zazdrości, ale taką, której szczerze i z pasją kibicuje się, pragnie by trwała, bo jak pierś matki, karmią siłą i nadzieją na lepszą przyszłość.

Wracam przez miasto pieszo. Miasto poddało się ulewie bez walki. Truchła studzienek kanalizacyjnych tryskają wodą pokonane, skapitulowane. Pewnie gdzieś komuś właśnie wlewa się woda do piwnicy, podmywa fundamenty, przerywa linie życia, niweczy plany, odbija w krzywym zwierciadle pieczołowicie planowaną przyszłość. Podpity małolat prosi „Panią” o papierosa. Jeszcze nie tak dawno temu zagaiłby laskę, dupę lub cizię. Nieuchronnie zbliża się czwarty krzyżyk, ostatnie namaszczenie przed zrzuceniem skóry, złuszczeniem się naskórka młodości.  

skomentuj (2)
Strona główna