To bardzo groźne myśleć, że Polska nie dojrzała do demokracji. Równie groźne, co łatwe, jest założyć, że wina leży po stronie tych przyssanych do koryta, politycznych lanserów i szermierzy. Moi znajomi nie głosowali. Bo nie warto, bo to nic nie zmieni. Jakby stanie w miejscu niosło ze sobą zmiany. Stagnacja upośledza, wiadomo. Z ręką na sercu przyznaję, że nie wiem czy było na kogo głosować, czy też nie. Wiem tylko, że tak, jak razi mnie obłuda polityków, tak samo mierzi mnie głupota i ignorancja wyborców. Pojęcie o polityce żadne, znajomość programów zerowa, głosowanie po kluczu partii lub gęby. Media nie wykreowały nowych idoli, to i nic dziwnego, że nie chce się wyjść z domu. Poszłam. Zagłosowałam. Wybrałam młodość, brak zmanierowania, wykształcenie. Ale wcale nie poczułam się lepiej, bo wiem, że w znacznej mierze i tak włożyłam dłoń w ciemną norę i nie wiem co mnie tam zastanie. Ciężko jednak winić za to norę, prawda?
Za Polski drewnianej szeptano mi do ucha, że w łóżku jestem dziwką. Taka forma komplementu w wydaniu męskim. Brałam to za dobrą monetę i pielęgnowałam w sercu pieszczące ego wspomnienie. Po tysiącach wymienionych słów, kokieteryjnych gestów i dwóch spotkaniach, kolejny raz przyszło mi wertować notatki i odgrzebywać wspomnienia na temat „co i jak się robi, kiedy światła zgasną”. Pod osłoną krakowskiej ciemności zabraliśmy się z T. do trzaskania ostatnich lodów. Chichotałam jak nastolatka, kiedy przyprószone zarostem lico mego oblubieńca zapoznawało się z każdym zakamarkiem ciała lodowatej Pomorzanki. Z pasją i poświęceniem tuliłam T. w dłoniach, chowałam jak skarb w ustach, pocierałam, gniotłam i penetrowałam. Zachwycona swoją obrotnością i pomysłowością, tak się podbudowałam, że nawet dyrygowałam jego jękami i postękiwaniami. Żeby mi ładne brzmiało, bo nie lubię mieć pod sobą niemej formy. Kiedy już nie tylko ucichł, ale miał jeszcze czelność zwiotczeć, oburzona zażądałam wyjaśnień. „Spuściłaś mnie 15 minut temu, Kochanie”. Cóż, moje przeoczenie. Jeny.
Planowane od lutego wakacje w Turcji, pomyślane jako wdech, wydech i jeszcze raz wdech, nieskrępowany obecnością absolutnie niczyją, poczęły się niewinnie modyfikować. Wstępnie wykluły się z nieudanej interakcji z K., teraz przepoczwarzyły w szkic upojnego lata z T. Kalkulujemy, sprawdzamy miejsca w samolocie…i sama nie wierzę, że tak strasznie rozmieniam się na drobne z wiadomego powodu. Co gorsza, teraz już nawet nie jestem pewna, czy chciałabym w ogóle lecieć w te osmańskie stepy bez T. pod ręką. Śmieję się sama z siebie, znajomi wtórują i przecierają oczy ze zdumienia. Bo chyba faktycznie upadłam na głowę. Wspominałam, że nacieram na noc stopy łojem z jelenia? Nie? No więc tak, tak właśnie robię. Skóra robi się gładka jak zad niemowlęcia i jest niewymownie urocza w dotyku. Objawia mi się syndrom zakochanej siksy.
Z życia wzięte – czytaj dzień, jak co dzień w pracy:
Klientka (nauczycielka) – Chciałabym zorganizować wycieczkę dla małych dzieci. Coś taniego i niedaleko. Może Słowiński Park Narodowy?
Ja: Jeśli ma być blisko i tanio, to SPN jest w sam raz.
K.: A co to SPN?
J: Słowiński Park Narodowy w skrócie…
K.: Tak? Jej, nie wiedziałam, że tak się to nazywa.
A myślałam, że to ja bywam bezkonkurencyjnie durna ;)