Rozgrywa mi się nad głową III wojna światowa. Wiadomo, 2 pierwsze to przez Niemców i Ruskich, ta trzecia przez sąsiadów. Tak, jak niegdyś Warszawa powstawała z gruzów, tak teraz moja sąsiadka odbudowuje swoje życie na gruzach tego poprzedniego. Dla niej życie wcale nie zaczęło się po czterdziestce. Dopiero grubo po 50., kiedy schorowana matka postanowiła poczłapać w papuciach w stronę diody w tunelu, umrzeć na śmierć, tak po ludzku. Miejsce matki zajął mężczyzna, a każdy mężczyzna, żeby cokolwiek zbudować, najpierw musi coś zniszczyć. Legły więc ściany, okna, podłogi, berliński mur, a z nim otwarło się okno na wschód, bo do tej pory jedynie życiowe zachody przetaczały się przez horyzont. Niezamężna, bezdzietna, pracująca, zamożna, inwestuje rozsądnie – w nieruchomość, rodzina to wysokie ryzyko.
Piętro niżej typowa przedstawicielka osiedlowej wylęgarni dzieci. Młodociana, zainstalowana z rodzicami i rodzeństwem w dwóch ciasnych pokojach, podłączona sztywnym łączem do nieślubnego dziecka, którym usprawiedliwia chwilowy brak pracy. A, że chwila to pojęcie względne, to i trwa ona już chwil kilka. Kiedy dzieciak podrośnie i nie będzie powodował braku czasu, do drzwi zastuka brak perspektyw. Być może będzie miała tyle szczęścia, co szczęśliwa mężatka z klatki obok. Jeszcze kilka lat temu zatrudniana dorywczo, na czarno i w ciemno, skazana przez osiedlowy trybunał siwowłosych Gorgon na niebyt i potępienie. W niewiele ponad rok poznała majętnego mężczyznę, szybko urodziła mu syna i zakotwiczyła u jego boku. Dziś jest szanowaną mężatką i matką, nie pracuje, bo przecież trzeba wybrać między karierą a rodziną – bzdurna propaganda bezrobotnych, leniwych bab, rodzących dzieci z braku innych pomysłów na życie oraz bezdzietnych redaktorek babskich pism, eksterminujących zarodki na ciele i umyśle.
Ja żyję sobie pomiędzy, w szarej strefie. Do dzieci mnie nie ciągnie z wygodnictwa. Faceci są fajni, ale najfajniejsi są tacy, którzy wracają do siebie na noc. Pomnażać kapitału też mi się nie chce, bo w wolnym czasie wolę poczytać, poćwiczyć, nakarmić ucho szlachetnym dźwiękiem. Pewnie nie jest to złoty środek.. ale mój własny. Egzystencjalna dezynwoltura.