Odbieramy z ojcem T. z Gdyni późnym piątkowym wieczorem. Moje auto byczy się w warsztacie, korzystając z pakietu all inclusive, za który płacić będę musiała ja… na co, oczywiście, mnie nie stać. Nieważne. Nie prowadzę – nie biorę okularów, bo i na co? Już na dworcu nie poznaję T. stojąc raptem 1,5m od niego. Nawet nie żebym patrzyła w drugą stronę. Gdzie tam! Spoglądam mu w oczy i pod czapką widzę jedynie twarz małej chińskiej dziewczynki, podduszonej wełnianym szalikiem. Rozpoznaję dopiero jak się wyszczerzy – po zębach.
W sobotę wieczorem zabieramy się za oglądanie „La Pianiste” Haneke’go. Widziałam już 3 razy i nie mam dość, mało tego, wciąż mi mało. Za każdym razem wyłapuję coś nowego, smak, emocję, furtkę. Gdybym nie musiała, nie mrugnęłabym przez cały seans. Moje filmowe ograniczenie emocjonalne jest raczej przykre dla „normalnych” ludzi. Gardzę komediami, megahitami, ekranizacjami lektur itp. Od zawsze lubię to co mroczne, chore, niepokojące, palące bólem umysł i ciało. Takie zboczenie. Wracając do filmu, historia niedoszłej artystki, która kończy karierę jako nauczycielka mniej lub bardziej bogatych dzieciaków. Zaprogramowana przez autorytarną matkę na autodestrukcyjną ambicję i absolutne oddanie sztuce, obumiera za życia. Zakochany w niej uczeń staje się ofiarą jej skrzywionych pragnień, chorych fantazji, życiowej edukacji opartej na filmach porno i zwichniętej matczynej miłości. Po 20 minutach Siostra kapituluje – Co to jest? Jak to może się w ogóle podobać? Toż to jest totalnie pojebane! Oczywiście na swojego faceta też nie mogę liczyć, jak zwykle zwarty front z Siostrą. Ogranicza się jedynie to dramatycznego objęcia głowy i jęku „Ja pierdolę”. No, tośmy sobie seans urządzili. Ignoranci, na filmach się nie znają ;)
Integruję się z łóżkiem i pościelą, wtapiam w kołdrę, jak ta huba na drzewie. Pokarało mnie ropnym zapaleniem gardła. Ropa zawsze brzydko mi się kojarzyła, z jakimś syfem, brudem, infekcją, nieczystością, higieniczną Sodomą i Gomorą. Matko, żebym jeszcze jakieś chuje nieczyste do gardła pchała i za to właśnie cierpiała. Zniosłabym. Coś za coś. Ale mnie przecież za moment lub dwa błona dziewicza krtań opancerzy! Nie ma w okolicy czystszego, świętszego gardła nad moje! Nie mówimy oczywiście o tym, co się z niego wydobywa, tylko o szeroko pojętej treść podlegającej procesowi absorpcji. Jedyną dobrą stroną choroby w moim przypadku był zawsze imponujący wzrost libido. Tym razem nic. Leżę, macam wszystkie zawory, pociągam za sznurki …i nic. Równie dobrze mogłabym grzebać w nosie w poszukiwaniu orgazmu.
Na noc "Jesienna Sonata" Bergmana, "White Chalk" PJ Harvey i "Oddech śmierci. Życie codzienne podczas epidemii" Wrzesińskiego. Bo i takie mogą być orgazmy - wszak nigdy nie twierdziłam, że jestem łatwa we współżyciu, a jeśli tak, to kłamałam... bo widać miałam powód.