(DE)MOTYWACJE

2010-08-13

Jedziemy do Krakowa blisko 12 godzin. Przekroczywszy półmetek otrzepujemy się z chmur i przeciskamy przez duszne, rozpalone ulice kolejnych miast. Klimatyzacja nie daje rady. Siostra R. zasypia na tylnym siedzeniu, sama R. półprzytomna wpatruje się w mapę i w półśnie narzeka na brak GPS’a. Nim zaśnie spogląda na mnie z wyrzutem, kolejny raz mój upór wziął górę i stanęło na mapie. Ponieważ nie wynaleziono jeszcze nawigacji życiowej, R. stara się zabezpieczać wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. Żarliwy romans z nastolatkiem okazał się łatwą do przewidzenia porażką. Ostatnie kuszenie świeżo upieczonej trzydziestolatki, triumf instynktu, młodego, jędrnego penisa nad spragnioną, okaleczoną kobietą po przejściach. Zarzeka się, że to koniec, nigdy więcej. Kilka minut wcześniej wysłala mu mmsa ze zdjęciem pożądliwie rozchylonych ust pochwy. Nie czekała długo na odpowiedź. Spoglądając na zdjęcie napiętego kutasa w swojej komórce nie mogła powstrzymać uśmiechu. Twardy, lśniący jak ostrze kata, które od trzech miesięcy konsekwentnie ją ćwiartuje, ku jej uciesze i zgubieniu. Przed 17 parkujemy pod domem T. Szybkie zakupy, sam alkohol i papierosy – to co zabija jest drogą na skróty do złudnego szczęścia i zadowolenia, w te prawdziwe trzeba wierzyć. Śpię bezsennie.

Kraków kurczy się z każdą kolejną wizytą. Kończą mi się pomysły na zwiedzanie, męczy oprowadzanie nowicjuszy, śmieszy ich zachwyt, szeroko otwarte oczy smarkacza ogarniającego świat, w którym ledwo zdążył się zakwaterować. Posyłam przyjaciółkę do Sukiennic i Mariackiego, sama uciekam na Kazimierz. Chwila po 13, zdążę na audiencję do św. Katarzyny. Mogłabym tu przesiadywać godzinami. Staruszka z  mlecznobiałymi lokami wita mnie krótkim skinięciem głowy, dokładnie z tą samą rezerwą, jak za pierwszym, drugim i piątym razem. Zwyczajowo nie klękam, żadnych rytualncyh obrządków. Kilka kroków w przód, zwrot i wgapiam się w ołtarz główny. Drobię wzrokiem po każdym wgłębieniu, wędruję po sklepieniach, łukach, pęknięciach. Zachwyca mnie praca ludzkich rąk, zdumiewa wysiłek, poświęcenie. W innych kościołach czuję się jak intruz, barbarzyńca podziwiający piękno, którego nie ogarnia, zamysł, którego nie pojmuje. Kościelna „Biała Dama” bezszelestnie przysuwa się bliżej i kolejnym skinieniem głowy mąci strumień odizolowanej świadomości. Wymieniamy się zachwytami nad gotykiem, pyta czy wiem, że kościół nie został nigdy ukończony. Przytakuję. Identyfikuje malowidła, rzeźby. Niemo tropię wzrokiem ślady jej słów. Pełna aprobaty klepie mnie delikatnie po ramieniu i wraca na wartę. Przy wyjściu z dobrotliwym uśmiechem wskazuje skrzynkę na datki. Stawiam św. Katarzynie piwo, doceni, przecież wie, jak cholernie drogie jest w Krakowie.

R. zdążyła się zgubić. Lokalizujemy się telefonicznie. Zaszła pod Barbakan. Cofam ją Floriańską, umawiamy się w Wedlu. Rachunek psuje jej nastrój. Ostentacyjnie wysypuje na strół wszystkie drobne z portfela i odlicza swoją czekoladę. Kelner rzuca nam litościwe spojrzenie. R. dalej odlicza miedziaki. Wyliczyła co do grosza. Pytam czy uwzględniła napiwek. To trzeba? – pyta szczerze przerażona. Oczywiście, że trzeba. Ile? 50% - podpuszczam. Ja pierdolę – rzuca wściekła i ponownie zaczyna grzebać w miedziakach. Rozbawiona do łez dewoaluję żart i płacę rachunek. Oszczędność nie poprawia jej humoru.

W drodze na przystanek mijamy paplające matkę z córką. Szczebiotają jak nastoletnie „przyjaciółki od serca forever”. Nawet wyglądają jak przyjaciółki. Ten sam kolor włosów, mocny makijaż, jeansy-druga skóra, stanik wyzierający spod przeźroczystej koszulki. Kto z kogo bierze przykład? Kto kogo prowadzi przez życie? Trudno powiedzieć. Ciekawe, czy matka podrywa kolegów córki? A może odwrotnie? Taka prowincjonalna gęś, jak ja, może jedynie snuć fantastyczne domysły. Absolutnie obca materia. Na etapie podrostka ubierałam szpilki matki i malowałam usta jej szminką, bo chciałam być taka jak ona – dorosła. Być może w ten sam sposób niektórzy odkrywają inną drogę do raju – młodości.

Wracamy wieczorem. T. przylepiony do laptopa i komórki rzuca nam znudzone spojrzenie. Niesamowite, jak nudne jest mnożenie kapitału. Dobrze, że nigdy nie miałam w tym kierunku inklinacji. Dopuszczona do cywilizacji R. od razu okopuje się przy drugim laptopie i sprawdza skrzynkę pocztową. Przygryziona warga i błysk w oku oznaczają zwycięstwo – wiadomość od kata. Syndrom sztokholmski na wciągnięcie ręki. Zostaję bez towarzystwa. Znużony T. otwiera kieszenie i sypie kasę, R. otwiera rany i sypie sól.

Tydzień mija szybko. Kraków, Zakopane konsumują czas, odwracają uwagę od T., R. Na moją prośbę T. wysyła smsem hasło do swojego komputera, nie mam szans z R. w starciu o dostęp do tego dla gości. Widzisz, jak ci ufa – ćwierka rozanielona R. dopieszczona kolejnym mailem od nastolatka. Ufa? Dobre sobie. Jego błąd. Wraz z systemem uruchamiają się trzy numery gg. Prywatny, służbowy i trzeci, którego nie znam. Sprawdzam listę kontaktów. Każdy bez wyjątku z przedrostkiem – nazwą portalu randkowego. Cóż za organizacja, jestem pełna podzwiu. Oczywiście, że przeglądam archiwum. „randka Agnieszka” pojawia się najczęściej, maj, czerwiec, lipiec. Czytam. Standard. Numer telefonu, zdjęcia, T. karmi ją zestawami z tego samego menu, którymi początkowo raczył mnie. Spotkali się. Nie wiem ile razy. Musiało być miło, bo pisała jeszcze później. Odpisywał zdawkowo, ale twierdził, że jest wolny. Robi mi się gorąco, odpalam papierosa i czytam dalej. Już bez rewelacji. Sprawdzam portale. Hasło na szczęście jest uniwersalne. Nie znajduję niczego ciekawego. Po godzinie dzwoni T. Ma dużo pracy, jest zmęczony, plecie bez ładu i składu. Wiem, że bada mój nastrój. Nie podaje się prywatnych haseł kobietom, szczególnie wtedy, gdy ma się coś na sumieniu. Uświadomił to sobie zbyt późno. Uspokajam go. Zadowolony wraca do pracy. Zapisuję hasła i loginy w komórce. „randce Joannie” nikt się nie oprze.

skomentuj (8)
Strona główna