Zima dybie na mnie zza winkla, pluje z nosa i topi w dłoniach kolejne chusteczki. Dogorywająca jesień ciągnie za sobą kondukt żałobny i człapie, jak ta kostucha. Na koniec urządza balangę, „farewell party” - 3 trupy w 6 dni. Nie jest dobrze. Pętla na szyi, prochy, nieszczęśliwy wypadek. Wszyscy, bez wyjątku, pozornie szczęśliwi i spełnieni. Znajomi, teraz już duchy, upiory.
Nie potrafię zasnąć, bezradne powieki szmuglują jawę, nasączają świadomość, trzeźwią solami. Nie trzeba geniusza, żeby wywnioskować, jak uroczo wyglądają poranki. Radość o poranku to kiepski żart. Może śladowe ilości satysfakcji dałoby mi rozszarpanie kota, który bezczelnie chrapie w rogu łóżka. Skurwiel jeden.
U Lisa Terlikowski punktuje prezerwatywy. Nie dość, że na skróty prowadzą do piekła, to na domiar złego nie leczą chorych, ani nie nakarmią przeludnionego świata nr 3. Paradoksalnie ten amant kościelny jest najlepszym dowodem na to, że głupia gumka może zdziałać wiele dobrego, a jej brak, cóż…. dał nam Terlikowskiego. Pogodziłam się z obecnością wolnego słowa, ale mimo wszystko głupotę karałabym śmiercią, przynajmniej medialną.