JESUS SAVES, I SPEND...





MAMBO ITALIANO 2011-12-19

Radość wrzyna się w twarz kurzymi łapkami, alkohol pompuje opuchliznę, tytoń barwi niezdrowym, gównianym odcieniem brązu. Ponoć w zdrowym ciele zdrowy duch. A co z całą resztą? Teraz rozumiem, dlaczego niektórzy boją się duchów. Trudno, nie każdy duch musi być zdrowy. Mój może być co najwyżej zdrowo wkurwiony.

Śmiercionośny żywot wikła w śmiertelne refleksje. Nagle uświadomiłam sobie, że nie muszę już zostawiać uchylonych drzwi i podkurczać stóp, żeby kocica mogła zwinąć się w kłębek w łóżku. Odejście to przekształcenie wzoru życia, eliminacja zmiennych, zastąpienie ich nowymi, to (przez chwilę) puste miejsce na półce, które kole w oko do łez. Natura jednak nie lubi pustki, szybko wypełnia wolne etaty. Słodko-gorzka to refleksja dla starej panny, teraz już bez kota.

Włoskiego to ja proszę państwa nie znam, jakieś tam topowe słowa ‘bondziorno’ czy ‘ciał’, ale tak poza tym to słabo. Dla mnie włoski to się depiluje, a nie wtłacza w szare komory i wypróżnia w formie słów. No ale jak kto lubi. W myśl zasady o przyciąganiu się plusów i minusów, nalewaniu z pełnego w puste, na wyboistej drodze życiowej Joanny pojawił się nauczyciel włoskiego. Jak większość facetów pojawił się w najmniej odpowiednim czasie, miejscu i generalnie bez sensu. Zdecydowanie mam ostatnio pecha do nauczycieli. Jak nie pan od biologii, to ‘mambo italiano’. Nauczyciela angielskiego pomijam, bo okazało się, że woli chłopców, zbliżyła nas jednak ta frustrująca przypadłość i przyjaźnimy się namiętnie. Wracając do P. (to ten od włoskiego) – facet, jak mebel z IKEI – nie za ładny, nie za brzydki, bez obciachu można pokazać na mieście, do tego łatwy w pielęgnacji. Bomba. Może ze mną jest coś nie tak, ale na randce bawiłam się świetnie - tym bardziej, że poza wyglądaniem absolutnie zajebiście, nie musiałam nic więcej robić ani mówić. Dowiedziałam się natomiast co P. lubi w łóżku, czego nie, ile razy dziennie musi najmarniej, a ile by chciał, gdyby mu dać. Wiem, że w penetracji nie jest wybredny i zapuszcza się dosłownie wszędzie, a przy tym nawija jak te pomylone samce w pornolach – np. „przenicuję Ci dupsko”. Poważnie. To znaczy on był poważny, ja nie, bo myślałam, że żartuje. Okazało się, że nie. To oczywiście rozbawiło mnie jeszcze bardziej i czar prysł. Bo P. szuka „poważnej dziewczyny”, a nie takiej siksy, co będzie mu w łóżku podśmiechujki uprawiać. Perfect date, czyż nie? Jeny. Trudno, miłości nie będzie, ale ile jest śmiechu przy piwie ze znajomymi. A śmiech to zdrowie – to tak w nawiązaniu do ducha, który tam akapit wyżej był wkurwiony. Niech ma.

Villas, Szmagier, Evora, Havel…a nawet Hanka Mostowiak, wszyscy padają, jak muchy. What the fuck?

skomentuj (3)

MEEEOOW 2011-12-16

Naostrzyłam pazury, wyplułam kłaczki. Pora wracać.

skomentuj (5)

PRIMAVERA 2011-05-18

Mając do wyboru kierować się sercem lub rozumem, zawsze wolałam rozłożyć nogi i wybadać stopą grunt, gdzie bezpieczniej. Oczywiście, że bezpieczniej jest tropić rozum, ale czasem wygodniej wyłgać się sercem. Argument nie do podważenia. Związek z T. okazał się historią zmyśloną, wymyśloną i od początku reżyserowaną przez ślepych aktorów. Związki na odległość są tak samo dobre, jak złe. Do woli pozwalają konfabulować i tworzyć coś upragnionego z niczego, zarazem kryjąc wszystko to, co brzydkie i parchate daleko za siedmioma górami, lasami i rzekami. Mózg działa na pełnych obrotach, pompując w durne serce promile wyobraźni, żeby biło. T. i ja byliśmy dla siebie tym, kim mieliśmy być. Ja dla niego atrakcyjnym dodatkiem, pozwalającym wierzyć w swoją atrakcyjność, kroplówką z syntetycznym samouwielbieniem pierdolącą ego przez wenflon.  On dla mnie nadzieją, że jednak potrafię zagrzać przy kimś miejsce na dłużej. Choć pełne emocji rozstanie mogłoby sugerować istnienie jakichkolwiek uczuć, tak nie było. Emocje dotyczyły lokacji winy. Poza tym nie ma o czym mówić.

Podobnie ściemnia się i rewitalizuje życie. Sposobów jest pod dostatkiem. Dawniej sączyłabym krew w kartki papieru i gubiła ścieżki w gęstwinie słów chowanych do szuflady. Ale jest dziś, a dziś rządzi się innymi prawami. Wolność słowa, przyzwolenie na krzewienie bezwstydnego narcyzmu, samouwielbienia, grafomanii werbalnej i uczuciowej. Nikt nie zabroni nikomu pisać, publikować, napastować ludzi produktem, choćby jego wartość była równa esowi-floresowi namazianemu w gównie. Kobiety zanurzają zmysły w romansach, mężczyźni stosują okłady na oczy ze świerszczyków. Paradoksalnie każde z nich szuka szczęścia, najbliższej sercu wersji ideału, a takie znaleźć można jedynie w zmyślonych czytadłach lub retuszowanych do granic możliwości rozkładówkach. Są jeszcze dzieci. Odkupienie, druga szansa na lepsze życie. Marny los tych, którzy muszą mierzyć się z porażkami dorosłych, ich rozczarowaniami i niespełnionymi ambicjami. Nadrabiać stracony czas, wypełniać luki, robić wszystko to, co nie było dane stwórcom. A potem zdziwienie, że młodzież się garbi.

Wyglądając przez okno nie widzę trawników, bożych pastwisk, diabelskich piaskownic. Widzę jedynie miejsca, w których mnie nie ma, nie było i, obawiam się, że nigdy nie będzie. Jestem obrzydliwym tchórzem.

skomentuj (5)

WIDMO 2011-03-18

Powiadają, że społeczeństwo zaczyna się izolować, przenosić codzienność do Internetu, pompować w tętnice światłowodów życie, marzenia, sekrety. Oczywiście w szerszej perspektywie jest to groźne, choć nie bardziej niż smutne, ale kto dziś trudzi się myśleniem o perspektywach. Tym bardziej, że zataczane przez nie kręgi obejmują w najlepszym wypadku nasze grobowce, lub groby naszych dzieci. Dalej wzrokiem sięgać się nie chce. Stąd pociąg do rzeczy prostych, tanich, łatwych, dostępnych. Z ekonomicznego punktu widzenia – usprawiedliwione. Nie żebym była fanką portali społecznościowych i czatów. Ale naprawdę rozumiem tych, którzy uprawiają relacje z ludźmi na gadu, facebooku czy twitterze. Na okoliczność ostatniego wyjścia ze znajomymi musiałam spędzić 2 godziny w łazience, dwa razy zapłacić za taksówkę, sikać w publicznym kiblu (czego nienawidzę), płacić po 25 zł za drinka, a na papierosa wychodzić przed lokal (był mróz). Zamiast cackać się z becikowym, panowie rajcy powinni zainwestować w fundusz interpersonalny dla młodych, bo jak tak dalej pójdzie, to rodziny zakładać będą jedynie wirtualnie w kolejnych częściach Simów. Ale, przecież nie o tym chciałam. Jak zwykle w niedzielę rano buszowałam z kubkiem kawy po necie i trafiłam na stronkę whataasecret.com. Czyli anonimowy ekshibicjioniznm, o dziwo nie polegający na wrzucaniu rozbieranych fotek, a dzieleniu się z resztą użytkowników sekretami. Laski są nudne, pochłonięte wyglądem, wagą. Czyli żadna tajemnica. Za to faceci… naprawdę, polubiłam co najmniej kilku. Mój faworyt: I wish something bad would happen to me just so that i could act as depressed as I feel.

Zintegrowana z pluszem fotela w komunikacji miejskiej wychlam oko znad książki i macam wzrokiem bliźnich. Nie ja jedna. Gdzie nie spojrzeć dzieje się jedno wielkie macanie, orgia spojrzeń, błysk tęczówek i nerwowe kulanie gałek z góry na dół. Leniwy i zadufany w swej głupocie naród, zawsze oddaje się rozrywkom płytkim i łatwym w dostępie. Zasuszone kobiety z teleskopami na nosie, studentki przebrane za dziwki (jak wiadomo uniwersytet rozwija wszystkie zdolności, między innymi głupotę), gimnazjaliści plujący pod nogi, nie, oni nigdy nie poddali się torturze myślenia… jazgot szeptów, uśmieszków, karcących marszczeń brwi, szydzących drgań i wibracji warg. Każdy dosiadający się na kolejnym przystanku intruz, musi stawić czoło tubylcom. Równie dobrze mógłby nadstawić gardło do poderżnięcia. Tylko dwie starowinki siedzące przy oknie mają poważniejsze zmartwienie – czy radioaktywna chmura znad Japonii dotrze do Polski? W ‘Fakcie’ napisali, że to możliwe, że już frunie… pewnie trzeba będzie kwiaty z balkonu pozdejmować. Wracam do książki. Kołakowski rozprawia się ze stereotypami, że Polacy niby odważni, ale mało konsekwentni. Wiadomo, że nie zawsze, nie każdy. Ponoć mądry też Polak po szkodzie. I muszę zawierzyć na słowo, że tacy jednak istnieją.

Poza tym czytam, naprawdę sporo i ćwiczę… naprawdę sporo, a sen doładowuję alkoholem, jak telefon na kartę. I na powrót jestem bezpańska.

skomentuj (5)

HÖSTSONATEN 2011-02-13

Odbieramy z ojcem T. z Gdyni późnym piątkowym wieczorem. Moje auto byczy się w warsztacie, korzystając z pakietu all inclusive, za który płacić będę musiała ja… na co, oczywiście, mnie nie stać. Nieważne. Nie prowadzę – nie biorę okularów, bo i na co? Już na dworcu nie poznaję T. stojąc raptem 1,5m od niego. Nawet nie żebym patrzyła w drugą stronę. Gdzie tam! Spoglądam mu w oczy i pod czapką widzę jedynie twarz małej chińskiej dziewczynki, podduszonej wełnianym szalikiem. Rozpoznaję dopiero jak się wyszczerzy – po zębach.

W sobotę wieczorem zabieramy się za oglądanie „La Pianiste” Haneke’go. Widziałam już 3 razy i nie mam dość, mało tego, wciąż mi mało. Za każdym razem wyłapuję coś nowego, smak, emocję, furtkę. Gdybym nie musiała, nie mrugnęłabym przez cały seans. Moje filmowe ograniczenie emocjonalne jest raczej przykre dla „normalnych” ludzi. Gardzę komediami, megahitami, ekranizacjami lektur itp. Od zawsze lubię to co mroczne, chore, niepokojące, palące bólem umysł i ciało. Takie zboczenie. Wracając do filmu, historia niedoszłej artystki, która kończy karierę jako nauczycielka mniej lub bardziej bogatych dzieciaków. Zaprogramowana przez autorytarną matkę na autodestrukcyjną ambicję i absolutne oddanie sztuce, obumiera za życia. Zakochany w niej uczeń staje się ofiarą jej skrzywionych pragnień, chorych fantazji, życiowej edukacji opartej na filmach porno i zwichniętej matczynej miłości. Po 20 minutach Siostra kapituluje – Co to jest? Jak to może się w ogóle podobać? Toż to jest totalnie pojebane! Oczywiście na swojego faceta też nie mogę liczyć, jak zwykle zwarty front z Siostrą. Ogranicza się jedynie to dramatycznego objęcia głowy i jęku „Ja pierdolę”. No, tośmy sobie seans urządzili. Ignoranci, na filmach się nie znają ;)

Integruję się z łóżkiem i pościelą, wtapiam w kołdrę, jak ta huba na drzewie. Pokarało mnie ropnym zapaleniem gardła. Ropa zawsze brzydko mi się kojarzyła, z jakimś syfem, brudem, infekcją, nieczystością, higieniczną Sodomą i Gomorą. Matko, żebym jeszcze jakieś chuje nieczyste do gardła pchała i za to właśnie cierpiała. Zniosłabym. Coś za coś. Ale mnie przecież za moment lub dwa błona dziewicza krtań opancerzy! Nie ma w okolicy czystszego, świętszego gardła nad moje! Nie mówimy oczywiście o tym, co się z niego wydobywa, tylko o szeroko pojętej treść podlegającej procesowi absorpcji. Jedyną dobrą stroną choroby w moim przypadku był zawsze imponujący wzrost libido. Tym razem nic. Leżę, macam wszystkie zawory, pociągam za sznurki …i nic. Równie dobrze mogłabym grzebać w nosie w poszukiwaniu orgazmu.

Na noc "Jesienna Sonata" Bergmana, "White Chalk" PJ Harvey i "Oddech śmierci. Życie codzienne podczas epidemii" Wrzesińskiego. Bo i takie mogą być orgazmy - wszak nigdy nie twierdziłam, że jestem łatwa we współżyciu, a jeśli tak, to kłamałam... bo widać miałam powód.

skomentuj (0)

RABBIT HOLE 2011-01-24

Rozstania, powroty do łona matki, szybkie cięcia, powolne zastyganie. Bliskim dzieją się dramaty, a mnie jednej nie. Zawracam sobie głowę nieistotnościami, coraz to dziwniejszymi książkami, podejrzaną muzyką, bezwstydnie drogimi telefonami, kochankami. Obok giną mężowie, odchodzą ci, co mieli być na zawsze, zawodzą niezawodni. I sama już nie wiem, czy faktycznie warto żyć chwilą, czy jednak rzucać okiem kilka kroków w przód i trwać w stanie czuwania, zakładać to co najgorsze i unikać rozczarowań. Nie wiem. I godzę się na to. Nie sposób uniknąć bezradności, a ręce i tak nie obejmą ogromu losu, jaki nas czeka.

Kraków zaczyna trącać rutyną, która parzy pierwszymi oznakami wyobcowania. Wyczerpał mi się zachwyt, ciekawość rozmieniłam na przyziemność i „przygody” w czterech ścianach. Piękna, gładka i pachnąca czekam na samca z obiadem. Muskam palcami ideał kury domowej z amerykańskiej opery mydlanej. Zaopiekowany od strony żołądka T. wspaniałomyślnie proponuje mi zaopatrzyć się w kochanka, skoro on sam jest na lekach i nie tylko nie może, ale nawet nie ma ochoty móc. Tak po prostu przypomniał sobie, że ostatni raz seks uprawialiśmy w 2009. Niby gest dobrej woli, dojrzałości. Dla mnie początek końca, znam siebie na tyle dobrze. Przed snem fantazjuję o twardych członkach spoconych dresiarzy z sianem w głowie i ogniem w majtkach, uciekając jednocześnie z objęć T. w najdalszy zakamarek łóżka.

Umawiamy się z R. na wypad do nowo otwartych podziemi Rynku Głównego. Nie ma dzikich tłumów. Ciekawscy pewnie już się przewinęli, a szczerze zainteresowanych jest zawsze mniej. Poza tym to nie sezon – w sezonie zwiedzanie wymusza się programem wycieczek, poza nim skraca się godziny otwarcia lub obniża ceny biletów. W miejscu, gdzie jest dziś Stary Rynek, znajdował się niegdyś cmentarz. Na potrzeby rozbudowy miasta, zmarli musieli ustąpić miejsca żywym. Jest coś przerażającego w muzeach nowej ery. Dużo więcej w nich techniki, mulitmedialnych zabawek dla dzieciaków, niż prawdziwych reliktów. Można podziwiać rozmach, pochwalić pomysłowość, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że forma czczona jest nieco bardziej od treści.

Z S. nie wdziałam się od jakiegoś roku. Niegdyś bliska znajomość, gładko przeszła w higieniczny układ spełniający wszelkie normy dobrego wychowania, sterylny, dopełniony delikatną nutą wyblakłego sentymentu i życzeń świątecznych. O urodzinach nie pamiętamy, to już zbyt intymne. W listopadzie zginął jej mąż. Napisała o tym na Facebooku… kilka godzin po wypadku. Zresztą jej 11-letnia córka uczyniła to samo. Z trzewi wydobyło mi się obrzydzenie, takie pierwsze, bezwarunkowe, organiczne. Jak zareagować na tak podaną wiadomość? Komentarz, kliknąć „lubię to”, prywatna wiadomość? Nekrolog spleciony ze spóźnionym wyznaniem miłości, wciśnięty między życzenia urodzinowe i FarmVille. Jakie to wszystko kurwa na miejscu. Zrobiłam jedno wielkie nic. Sparaliżował mnie wstyd, za nią, za swoją niemoc. Udawałam, że nic nie wiem. Niech sprzeda mi to po staremu - po ludzku. W łonie mojej wrażliwości XXI-wieczny format reklamowania odejścia najbliższych wciąż jest na etapie inkubacji. Sprzedaje z okładem, a jakże. O mężu mówi niewiele, na pierwszy plan wysuwa się ona, dzielna wdowa, która nie wyobraża sobie życia bez ukochanego męża. Jeszcze nie tak dawno, kiedy żył i był tępym, brutalnym skurwielem, chciała rozwodu. Żyjącym życzmy śmierci, ale o zmarłych ani złego słowa. Różowe okulary i morda na kłódkę post mortem.

Podobno muzyka klasyczna nie tylko koi nerwy, ale także stymuluje intelekt. Rzekomo przeprowadzono nawet przerażająco poważne badania na ten temat. Uczniowie traktowani Mozartem uzyskiwali o kilka punktów więcej w testach na inteligencję, w porównaniu z testem wykonywanym po przebywaniu w zupełnej ciszy. Tzw. „efekt Mozarta”. Jezu, gdybym wiedziała wcześniej. Mozarta polubiłam dopiero po 20-tce, a to już za późno na lifting IQ. Ciekawe czy od słuchania Dody rosną cycki?

skomentuj (1)

ANUS 2010-12-27

Straszyli, że Święta będą tradycyjnie gołe, mokre i delikatnie plusowe. Straszyli tak skutecznie, że wystraszyła się sama zima, chyba o swoją reputację. Wiadomo, stracone pieniądze odzyskasz, stracona reputacja – bezcenna. Zasypało nieszczęsną mieścinę od ulic po dachy. Śnieżne czapy chwyciły w mroźnym uścisku drzewa, lampy, lód gładko rozsmarowany po karoseriach aut niczym lubrykant, żeby łatwiej mogły przeciskać się przez wąskie tunele... w dupie zimy.

Podobno Facebook uratował Święta. Internetowa ofensywa wymierzona przeciwko Polsatowi, który chciał urżnąć łeb „tradycji”, okazała się skuteczna - stacja skapitulowała i raz jeszcze zamknęła Kevina samego w domu. Potwierdza się więc maksyma, że lubimy to co znamy - w Święta zabijamy karpia, nie Kevina. Ot, „polisz krismas”. Szkoda, że tradycja rozmów, nawiązywania zerwanych połączeń rodzinnych, czy odkurzanie bliskości, zapodziała się gdzieś po drodze, leży pewnie pijana w rowie. Gadają za nas telewizory, podrzucają tematy, na które przytakujemy bądź i nie, czasem ośmielą do dłuższej pogadanki. Kiedy dorosły chce odpocząć od niesfornego dziecka puszcza mu bajkę w telewizorze, dzieci w ten sam sposób odpoczywają od dorosłych. Jedyna różnica polega na tym, że dorosły potrafi już sam obsługiwać urządzenie. Telewizyjna niańka na dwóch etatach.

Noc: śnią mi się śmierć i zdrada na przemian.  Śmierć, czyli potrzeba zmian, ratowania czegoś ważnego, co bez naszej pomocy upadnie. Zdrada – w zależności od układu. Jeśli w śnie zdradzam ja – kłopoty, w pizdu kłopotów. Jeśli to mnie zdradzają – wygrana. Czyli w śnie, jak w życiu – tak czy siak cię wyruchają i nic nie będziesz z tego miał prócz kłopotów.

Wg Anity Daniel sztuka życia to móc zaspokoić głód zachowując apetyt. W praktyce trzeba niestety najeść się na zapas, tak na wszelki wypadek, bo nigdy nic nie wiadomo.

skomentuj (3)

PAN'S LABYRINTH 2010-12-05

Dogrywka wyborcza. Polityczna menstruacja, krwawa i bolesna manifestacja miłosierdzia dla wyborców. Wybór żaden. Dotychczasowy tyran, porywczy i agresywny, któremu jednak ciężko odmówić skuteczności i krucha, stonowana białogłowa, rozkładająca bezradnie dłonie na plakacie. Jakby coś trzymała, coś niewidzialnego, nierzeczywistego… plan realizacji programu wyborczego? Górę bierze syndrom sztokholmski, głosuję na zło, które znam, to nieznane może być tylko gorsze.

Pierwsze takty ‘Last Christmas’ w radio, początek wyuzdanej kampanii reklamowej nadchodzących Świąt. Owce pasą się w hipermarketach, bieżą z obłędem w oczach. Raz do roku ceny promocyjne są wyższe od tych normalnych, ale histeria bierze górę. Typowo polski zryw narodowy – w imię świąt, tradycji, Adama Małysza, obojętnie.

T. ogolił brzuch. Zapytany o powód nie potrafi odpowiedzieć. Ja też nie kumam. Pozbawiony maskującego, urokliwego futerka brzuch stał się nagle skórzanym workiem, trochę rozciągniętym, sflaczałym. Ludzka ciekawość i słabość do eksperymentowania z własnym wyglądem zazwyczaj kończy się tragicznie lub komicznie. Japonia ma swoje Ganguro, Ameryka Guido, czas na polski akcent. Wieczorem przyłapuję Łysego na wcieraniu czegoś w członek. Okazuje się, że jakaś maść odżywcza. Rewitalizacja zabytków? Nawożenie nieużytku? - Fajny ma smak - kwili zachwycony, zbiera kilka kropel z żołędzi i wkłada mi do ust. Anyż? Przykro mi to stwierdzić, ale mojemu facetowi odpierdoliło. - Mały musi być zdrowy – przekonuje. - A jest chory? – pytam. - To profilaktyka, głupia – pomrukuje masując cały czas fallusa. Dawniej namaszczanie zwłok nazywano mumifikacją, dziś to profilaktyka. Przed czym? Smarowanie fiuta kremami przed snem to profilaktyka wymierzona w przyjemność. Seksualny sabotaż. Męska riposta na babski ból głowy.

Wszyscy mają rytuały, mam i ja! Jedni mają modlitwę, inni obrzezanie, pielgrzymki i pudźę, ja mam drzemkę. Po pracy obowiązkowe 40 minut w kokonie szlafroka, z cichą muzyką pulsującą pod sufitem. Moja chwila na wyjęcie wtyczki z gniazdka wszechświata, wylogowanie się z rzeczywistości. Jestem zaprogramowana jak pralka. Godzina 18.30 start, produkcja hipokretyny idzie pełną parą, znieczulenie promieniuje z mózgu na organizm, emocje regulują się, stan równowagi energetycznej osiągnięty. Nietoperze przesypiają średnio 20 godzin na dobę. W następnym wcieleniu chcę być nietoperzem.

skomentuj (0)

CASTLE WALLS 2010-12-01

Zima dybie na mnie zza winkla, pluje z nosa i topi w dłoniach kolejne chusteczki. Dogorywająca jesień ciągnie za sobą kondukt żałobny i człapie, jak ta kostucha. Na koniec urządza balangę, „farewell party” - 3 trupy w 6 dni. Nie jest dobrze. Pętla na szyi, prochy, nieszczęśliwy wypadek. Wszyscy, bez wyjątku, pozornie szczęśliwi i spełnieni. Znajomi, teraz już duchy, upiory.

Nie potrafię zasnąć, bezradne powieki szmuglują jawę, nasączają świadomość, trzeźwią solami. Nie trzeba geniusza, żeby wywnioskować, jak uroczo wyglądają poranki. Radość o poranku to kiepski żart. Może śladowe ilości satysfakcji dałoby mi rozszarpanie kota, który bezczelnie chrapie w rogu łóżka. Skurwiel jeden.

U Lisa Terlikowski punktuje prezerwatywy. Nie dość, że na skróty prowadzą do piekła, to na domiar złego nie leczą chorych, ani nie nakarmią przeludnionego świata nr 3. Paradoksalnie ten amant kościelny jest najlepszym dowodem na to, że głupia gumka może zdziałać wiele dobrego, a jej brak, cóż…. dał nam Terlikowskiego. Pogodziłam się z obecnością wolnego słowa, ale mimo wszystko głupotę karałabym śmiercią, przynajmniej medialną.

skomentuj (1)

NIE-KOBIETA 2010-10-22

Piątek po pracy. Pijana wizją wolnego weekendu postanowiłam rzucić się w wir zakupów odzieżowych. Motywację budowałam w sobie już od rana. Mimo wiatru, mimo deszczu, 45 minut po wyjściu z biura chłonęłam już atmosferę galerii, a gotówka ciążyła w portfelu. Po 2 godzinach wróciłam do domu. Bez ubrań. Za to ze stosem nowiutkich, pachnących książek. Absolutnie szczęśliwa. Naprawdę chciałam umościć się w kobiecym schemacie, uniunić, poważnie. I dupa. Chuj bombki strzelił, świąt nie będzie - jak mawia mój znajomy. Trudno. Przecież się nie zastrzelę.

skomentuj (1)

INDAGACJE 2010-10-18

Rozgrywa mi się nad głową III wojna światowa. Wiadomo, 2 pierwsze to przez Niemców i Ruskich, ta trzecia przez sąsiadów. Tak, jak niegdyś Warszawa powstawała z gruzów, tak teraz moja sąsiadka odbudowuje swoje życie na gruzach tego poprzedniego. Dla niej życie wcale nie zaczęło się po czterdziestce. Dopiero grubo po 50., kiedy schorowana matka postanowiła poczłapać w papuciach w stronę diody w tunelu, umrzeć na śmierć, tak po ludzku. Miejsce matki zajął mężczyzna, a każdy mężczyzna, żeby cokolwiek zbudować, najpierw musi coś zniszczyć. Legły więc ściany, okna, podłogi, berliński mur, a z nim otwarło się okno na wschód, bo do tej pory jedynie życiowe zachody przetaczały się przez horyzont. Niezamężna, bezdzietna, pracująca, zamożna, inwestuje rozsądnie – w nieruchomość, rodzina to wysokie ryzyko.

Piętro niżej typowa przedstawicielka osiedlowej wylęgarni dzieci. Młodociana, zainstalowana z rodzicami i rodzeństwem w dwóch ciasnych pokojach, podłączona sztywnym łączem do nieślubnego dziecka, którym usprawiedliwia chwilowy brak pracy. A, że chwila to pojęcie względne, to i trwa ona już chwil kilka. Kiedy dzieciak podrośnie i nie będzie powodował braku czasu, do drzwi zastuka brak perspektyw. Być może będzie miała tyle szczęścia, co szczęśliwa mężatka z klatki obok. Jeszcze kilka lat temu zatrudniana dorywczo, na czarno i w ciemno, skazana przez osiedlowy trybunał siwowłosych Gorgon na niebyt i potępienie. W niewiele ponad rok poznała majętnego mężczyznę, szybko urodziła mu syna i zakotwiczyła u jego boku. Dziś jest szanowaną mężatką i matką, nie pracuje, bo przecież trzeba wybrać między karierą a rodziną – bzdurna propaganda bezrobotnych, leniwych bab, rodzących dzieci z braku innych pomysłów na życie oraz bezdzietnych redaktorek babskich pism, eksterminujących zarodki na ciele i umyśle.

Ja żyję sobie pomiędzy, w szarej strefie. Do dzieci mnie nie ciągnie z wygodnictwa. Faceci są fajni, ale najfajniejsi są tacy, którzy wracają do siebie na noc. Pomnażać kapitału też mi się nie chce, bo w wolnym czasie wolę poczytać, poćwiczyć, nakarmić ucho szlachetnym dźwiękiem. Pewnie nie jest to złoty środek.. ale mój własny. Egzystencjalna dezynwoltura.

skomentuj (1)

KOCHAJ BLIŹNIEGO SWEGO JAK SIEBIE SAMEGO. ALE NIE BARDZIEJ! 2010-10-14

R. siedzi napięta i rozjuszona, jakby dopiero przed chwilą ocknęła się ze stuletniego snu i doznała iluminacji – nie wiedzie jej się w życiu osobistym. Ja muszę reagować zaskoczeniem i wspierać w miarę rozbudowanymi znakami zapytania, żeby nie zasugerować powtarzalności zdarzeń. Na tym polega babska przyjaźń. Bóg stworzył kobietę i spierdolił mężczyznę – pocieszam.

P. ma 25 lat, właśnie obronił tytuł magistra z wszelkimi możliwymi wyróżnieniami i nobilitacjami. Ja broniłam się ponad 4 lata temu i tytuł pracy magisterskiej wyrecytuję, ale po dłuższym namyśle. Młodzieniec wbił sobie do głowy, że będzie mnie w sobie rozkochiwał. Z rozbrajającą szczerością przyznaje, że ciągnie go do ciała, umysłu nie miał czasu poznać. Ale mówi o miłości. Miłości jest ślepa, dlatego obmacuje.

Mam czas na seks, ale nie mam ochoty… a bardzo chciałabym mieć.

skomentuj (2)

MURPED 2010-10-12

Kiedy już wydaje mi się, że zachowuję się jak ostatnia pizda, rozpieszczona księżniczka zraniona ziarnkiem grochu w atłasową dupeczkę …ludzie konstatują, że być może drzemią we mnie jakieś śladowe ilości wrażliwości.

Dziś sama sobie jestem sterem, żeglarzem, okrętem i zajebistym morzem wódki.

skomentuj (7)

ZATOKI STARYCH KRÓW 2010-10-03

Pukanie do drzwi. O nie, nie ma mowy, nie wstaję. Jeszcze raz pukanie. Mowy nie ma, nie po to od pół godziny przebijam się drewienkiem przez stalagmity naskórka i czynię manikjur na szponach, żeby teraz w połowie drogi rzucić wszystko i otworzyć drzwi komuś, kto nie był nawet zaproszony. Dzwonek. No nie, to już chamstwo. OK. mam zamontowany dzwonek, ale czy to od razu znaczy, że trzeba go używać wedle własnego „widzimisię”? Nie! Pukanie już mu nie starczy, dzwonić będzie, dzwonnik kurwa jeden. W pizdu. Wynurzam się, jak ta topielica z łóżka, z falban zmiętej kołdry i draperii prześcieradła. Jeszcze tylko załapać pion. Kroczę dumnie, napięta jak struna, niczym te afrykańskie kobiety – one noszą na głowach dzbany z wodą, ja niosę zatokową bombę zegarową, zamontowaną w czaszce, na wysokości czoła. Już tyka, czuję, chuj jasny mnie strzela… a ten dzwoni i dzwoni. Otwieram. I już, już mrużę oczy, ostrzę szpikulce, żeby bez namysłu zajebać gnoja, w emocjonalnym spazmie, afekcie, czymkolwiek co rozgrzesza, uniewinnia. I nie ma. No nie ma na wysokości mej głowy, osadzonej na wyprostowanej szyi, zamontowanej przecież na wypiętym jak struna tułowiu. Szlag mnie trafi, krasnal mi się trafił ogrodowy, hobbit, pokemon przeklęty. Jedną ręką opieram się o framugę, drugą podtrzymuję dzban, w którym niemiłosiernie już chlupocze, grzebienie fal dobierają się do linii brzegowej skroni, skrobią, promieniują zatoczkami do uszu. Sztorm. Zmieniam kąt o 35 stopni i w końcu widzę. Na oko jakieś 11 lat. Najprawdopodobniej płeć męska, bo teraz to trudno tych młodych odróżnić, nawet jak pełnoletniość osiągają. Dziecina z krzyża zdjęta, ale z takiego co to na polach stoi i do czegoś się przydaje. Ot, myślę sobie, Atlas, który w przyszłości będzie dźwigał na barach ciężar emerytur takich starych krów, jak ja. No chyba, że czmychnie gdzieś za miedzę. Dziecię chce wynieść śmieci, za drobną opłatą. O, biznesmen! Biznes-żyłka pompuje krew do mózgu. Może niech zostanie w kraju, dorobi się smarkacz jeden, wszystkim będzie lepiej. Póki co wskazuję milionerowi na dorobku kosz, dziś samoobsługa, wszystko na wynos. Pojęcia nie mam ile płaci się za tego typu usługę. Niby nic, pół minuty roboty. Z drugiej strony narażać się milionerowi, może i mnie pozwoli kiedyś wyrzucić swoje śmieci. Niech ma, niech stracę. Nie wiem na co zbiera. Zawsze mówią, że na chleb. A wiadomo, że na piwo, albo te całe dopalacze. I trują się młodzi, duszą wolnością, gazują nudą i brakiem zainteresowania. Na koniec zasychają na cmentarzach, odwiedzani przez zwiędłych rodziców z plastykowym światełkiem w dłoni. Sztuczne światełko w tunelu.

skomentuj (5)

SAUTÉ 2010-09-27

Pomorze dobitnie wyraziło swój stosunek względem T. i przywitało go obfitym deszczem, olało z góry na dół. Lało 4 dni pod rząd, absolutny rekord św. pamięci lata. Suche słowa, chłodny seks, mokry chodnik, rozstępujące się morze pod stopami. Brodzimy w wodzie, niedopowiedzeniach, niewyartykułowanych lękach i pretensjach. Aż się wyleje. Z braku lepszych opcji, by wypełnić coraz bardziej napiętą próżnię, ratujemy się wizytą u znajomych w Sopocie. Moi znajomi, dla T. przyjaciele. I tak zostanie na wieki wieków. Dwa dni przepędzamy we czwórkę, choć tak naprawdę trójkę. Jestem wręcz oszołomiona, jak łatwo jest mi być nieobecną. Nikt o nic nie pyta, nawet kurtuazyjnie. T. odurzony uwielbieniem wpatrzonych w niego i jego portfel przyjaciół, także odpływa. W powietrzu, niczym komiksowe dymki, unoszą się nad głowami mężczyzn biznesy, interesy, zyski, straty, okazje. Nad moją znak zapytania i pustka. Nie mam kasy, nie prowadzę szalonego życia wypełnionego zagranicznymi podróżami, pawimi piórami w dupie i super ważnymi konferencjami. Co ja mogę wiedzieć? Słucham bezgłośnie, wyłapuję dla zabawy kolejne potknięcia językowe, liczę jak owce i zasypiam, mrugając jedynie od czasu do czasu powieką dla niepoznaki.

W drodze powrotnej z Sopotu rozmawiam z T. o zdradzie. Wywracamy materię na lewą i prawą stronę, nogami w dół i w górę, wałkujemy na boki, trzepiemy od podszewki. Ostatecznie stwierdza, że jeśli związek byłby udany, to wolałby nie wiedzieć o zdradzie partnerki. Pytam, czy zdrada nie jest zaprzeczeniem udanego związku? Bo to nie szczęście, żyć w nieświadomości, że partner zdradza - to chujnia. Jednak T. twierdzi, że zdrada jest nieunikniona – „bo to ludzie wiążą się ze sobą, nie ideały”. Gotowa recepta na udany związek. Czyż to nie wspaniałe? A ludzie topią ciężko zapracowane pieniądze w bezdennej studni małżeńskich warsztatów naprawczych ...po co? No ja pierdolę! Całe życie wiodłam w plątaninie umysłów i ciał starszych mężczyzn i przywykłam, że to oni byli elementem hamującym, przywracającym do pionu, nakazującym „daleko patrzenie”, krzyżowanie nóg i noszenie bielizny. Dziś to mnie nakazuje się odpięcie pasów, jazdę bez trzymanki. Zarzuca wpychanie uczuć pod zabory, tworzenie emocjonalnych związków koncentracyjnych. Świat się zmienił, albo to ja przepoczwarzyłam.

Chociaż …może to jednak świat? Bo któż by przypuszczał jeszcze parę chwil temu, że Kaczyński objawi nam się na krzyżu, nudny Komorowski zostanie prezydentem, Chylińska godną rywalką Dody muzycznie i tabloidowo, a Brodka nagra tak dobry album, że niektórzy z rozpędu zaczną wymieniać ją w jednym zdaniu z Nosowską? Kółka do góry i jazda.

Wymarzyłam sobie góry w listopadzie. Te beznadziejne, polskie, takie zwykłe i mało pociągające, którymi nijak nie pochwalę się w towarzystwie. Sama.

skomentuj (4)

(DE)MOTYWACJE 2010-08-13

Jedziemy do Krakowa blisko 12 godzin. Przekroczywszy półmetek otrzepujemy się z chmur i przeciskamy przez duszne, rozpalone ulice kolejnych miast. Klimatyzacja nie daje rady. Siostra R. zasypia na tylnym siedzeniu, sama R. półprzytomna wpatruje się w mapę i w półśnie narzeka na brak GPS’a. Nim zaśnie spogląda na mnie z wyrzutem, kolejny raz mój upór wziął górę i stanęło na mapie. Ponieważ nie wynaleziono jeszcze nawigacji życiowej, R. stara się zabezpieczać wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. Żarliwy romans z nastolatkiem okazał się łatwą do przewidzenia porażką. Ostatnie kuszenie świeżo upieczonej trzydziestolatki, triumf instynktu, młodego, jędrnego penisa nad spragnioną, okaleczoną kobietą po przejściach. Zarzeka się, że to koniec, nigdy więcej. Kilka minut wcześniej wysłala mu mmsa ze zdjęciem pożądliwie rozchylonych ust pochwy. Nie czekała długo na odpowiedź. Spoglądając na zdjęcie napiętego kutasa w swojej komórce nie mogła powstrzymać uśmiechu. Twardy, lśniący jak ostrze kata, które od trzech miesięcy konsekwentnie ją ćwiartuje, ku jej uciesze i zgubieniu. Przed 17 parkujemy pod domem T. Szybkie zakupy, sam alkohol i papierosy – to co zabija jest drogą na skróty do złudnego szczęścia i zadowolenia, w te prawdziwe trzeba wierzyć. Śpię bezsennie.

Kraków kurczy się z każdą kolejną wizytą. Kończą mi się pomysły na zwiedzanie, męczy oprowadzanie nowicjuszy, śmieszy ich zachwyt, szeroko otwarte oczy smarkacza ogarniającego świat, w którym ledwo zdążył się zakwaterować. Posyłam przyjaciółkę do Sukiennic i Mariackiego, sama uciekam na Kazimierz. Chwila po 13, zdążę na audiencję do św. Katarzyny. Mogłabym tu przesiadywać godzinami. Staruszka z  mlecznobiałymi lokami wita mnie krótkim skinięciem głowy, dokładnie z tą samą rezerwą, jak za pierwszym, drugim i piątym razem. Zwyczajowo nie klękam, żadnych rytualncyh obrządków. Kilka kroków w przód, zwrot i wgapiam się w ołtarz główny. Drobię wzrokiem po każdym wgłębieniu, wędruję po sklepieniach, łukach, pęknięciach. Zachwyca mnie praca ludzkich rąk, zdumiewa wysiłek, poświęcenie. W innych kościołach czuję się jak intruz, barbarzyńca podziwiający piękno, którego nie ogarnia, zamysł, którego nie pojmuje. Kościelna „Biała Dama” bezszelestnie przysuwa się bliżej i kolejnym skinieniem głowy mąci strumień odizolowanej świadomości. Wymieniamy się zachwytami nad gotykiem, pyta czy wiem, że kościół nie został nigdy ukończony. Przytakuję. Identyfikuje malowidła, rzeźby. Niemo tropię wzrokiem ślady jej słów. Pełna aprobaty klepie mnie delikatnie po ramieniu i wraca na wartę. Przy wyjściu z dobrotliwym uśmiechem wskazuje skrzynkę na datki. Stawiam św. Katarzynie piwo, doceni, przecież wie, jak cholernie drogie jest w Krakowie.

R. zdążyła się zgubić. Lokalizujemy się telefonicznie. Zaszła pod Barbakan. Cofam ją Floriańską, umawiamy się w Wedlu. Rachunek psuje jej nastrój. Ostentacyjnie wysypuje na strół wszystkie drobne z portfela i odlicza swoją czekoladę. Kelner rzuca nam litościwe spojrzenie. R. dalej odlicza miedziaki. Wyliczyła co do grosza. Pytam czy uwzględniła napiwek. To trzeba? – pyta szczerze przerażona. Oczywiście, że trzeba. Ile? 50% - podpuszczam. Ja pierdolę – rzuca wściekła i ponownie zaczyna grzebać w miedziakach. Rozbawiona do łez dewoaluję żart i płacę rachunek. Oszczędność nie poprawia jej humoru.

W drodze na przystanek mijamy paplające matkę z córką. Szczebiotają jak nastoletnie „przyjaciółki od serca forever”. Nawet wyglądają jak przyjaciółki. Ten sam kolor włosów, mocny makijaż, jeansy-druga skóra, stanik wyzierający spod przeźroczystej koszulki. Kto z kogo bierze przykład? Kto kogo prowadzi przez życie? Trudno powiedzieć. Ciekawe, czy matka podrywa kolegów córki? A może odwrotnie? Taka prowincjonalna gęś, jak ja, może jedynie snuć fantastyczne domysły. Absolutnie obca materia. Na etapie podrostka ubierałam szpilki matki i malowałam usta jej szminką, bo chciałam być taka jak ona – dorosła. Być może w ten sam sposób niektórzy odkrywają inną drogę do raju – młodości.

Wracamy wieczorem. T. przylepiony do laptopa i komórki rzuca nam znudzone spojrzenie. Niesamowite, jak nudne jest mnożenie kapitału. Dobrze, że nigdy nie miałam w tym kierunku inklinacji. Dopuszczona do cywilizacji R. od razu okopuje się przy drugim laptopie i sprawdza skrzynkę pocztową. Przygryziona warga i błysk w oku oznaczają zwycięstwo – wiadomość od kata. Syndrom sztokholmski na wciągnięcie ręki. Zostaję bez towarzystwa. Znużony T. otwiera kieszenie i sypie kasę, R. otwiera rany i sypie sól.

Tydzień mija szybko. Kraków, Zakopane konsumują czas, odwracają uwagę od T., R. Na moją prośbę T. wysyła smsem hasło do swojego komputera, nie mam szans z R. w starciu o dostęp do tego dla gości. Widzisz, jak ci ufa – ćwierka rozanielona R. dopieszczona kolejnym mailem od nastolatka. Ufa? Dobre sobie. Jego błąd. Wraz z systemem uruchamiają się trzy numery gg. Prywatny, służbowy i trzeci, którego nie znam. Sprawdzam listę kontaktów. Każdy bez wyjątku z przedrostkiem – nazwą portalu randkowego. Cóż za organizacja, jestem pełna podzwiu. Oczywiście, że przeglądam archiwum. „randka Agnieszka” pojawia się najczęściej, maj, czerwiec, lipiec. Czytam. Standard. Numer telefonu, zdjęcia, T. karmi ją zestawami z tego samego menu, którymi początkowo raczył mnie. Spotkali się. Nie wiem ile razy. Musiało być miło, bo pisała jeszcze później. Odpisywał zdawkowo, ale twierdził, że jest wolny. Robi mi się gorąco, odpalam papierosa i czytam dalej. Już bez rewelacji. Sprawdzam portale. Hasło na szczęście jest uniwersalne. Nie znajduję niczego ciekawego. Po godzinie dzwoni T. Ma dużo pracy, jest zmęczony, plecie bez ładu i składu. Wiem, że bada mój nastrój. Nie podaje się prywatnych haseł kobietom, szczególnie wtedy, gdy ma się coś na sumieniu. Uświadomił to sobie zbyt późno. Uspokajam go. Zadowolony wraca do pracy. Zapisuję hasła i loginy w komórce. „randce Joannie” nikt się nie oprze.

skomentuj (8)

MAŁE TRZĘSIENIA ZIEMI 2010-07-28

Podziwiam osoby, które ze stoickim spokojem oglądają wiadomości. Mnie to przerasta, nie rozumiem wyświetlanych strzępów obrazów, prowizorycznie łatanych fastrygą bełkotu. Śmierć w katastrofie lotniczej staje się męczeństwem, chęć umierania za symbolicznie skrzyżowane drewienko protestem, nawoływanie do przemocy i morderstwa kontrmanifestacją, a walka z nietolerancją wynaturzeniem. Do tego powszechnie cenione mądre głowy wikłają się w bezcelowy dialog i naiwnie rzucają grochem o ścianę. Może i w naturze nawożenie gleby gównem sprawdza się wyśmienicie i gwarantuje zdrowy plon, jednak w przypadku ludzi zupełnie się to nie sprawdza – skutkuje ciemnogrodem. Potrzeba oświecenia przekroczyła stan alarmowy. Powódź, ulice zalewa szlam, błoto, gówno.

Powinnam pochować fiuta swojego faceta na Wawelu. Idealnie by tam pasował. Jego bezczynność i bezużyteczność są wystarczającą legitymizacją, nie będzie odstawał w żadnym tego słowa znaczeniu. Okazuje się jednak, że mój pierworodny lęk przed związkami był uzasadniony. A może to teraz taka moda? Ile użyjesz „przed” to twoje, a potem czapa, inwestuj w emocje, fundamenty, podwaliny, okna, drzwi, a nie prymitywne, egoistyczne instynkty. Trudno, jestem niereformowalną egoistką. Do tego nie na tyle głupią, żeby ślubować constans i „hubowanie” na dobre i złe. A już myślałam, że przyjdzie mi przed 30-tką ustatkować się, uspokoić. Ni chuja. Bycie razem to kataklizm.

T. nie lubi moich znajomych, nie potrafi się odnaleźć, skutecznie namierzyć wysyłanych sygnałów, sam strzela na oślep, nieskutecznie. Za obopólnym, milczącym przyzwoleniem towarzysko rozwodzimy się, wspólny zbiór znajomych pojawia się jedynie w rozmowach, wieczornych wiadomościach z życia znanych, ale nie lubianych. Sama też udaję się na rocznicę ślubu D. i J. D. jest wykształconą, pracowitą kobietą, która z większym bądź mniejszym trudem pląsa przez kolejne życiowe poprzeczki, które sama sobie zawiesza. Skrępowana gorsetem zasad i stereotypów nie bryluje w towarzystwie, brak jej polotu, choćby nieznacznie odbiegającej od normy inteligencji. J. to dusza towarzystwa. Elastyczny, zaradny, potrafiący się odnaleźć w każdej sytuacji, ale leniwy sybaryta. Znajduje ukojenie i bezpieczne ciepło macicy przy stonowanej i wyważonej D. Ona zaś przy nim łudzi się, że potrafi zaszaleć, być wolna. Mimo partykularnych niedoskonałości, tworzą zjawiskowa parę. Nie taką, której się zazdrości, ale taką, której szczerze i z pasją kibicuje się, pragnie by trwała, bo jak pierś matki, karmią siłą i nadzieją na lepszą przyszłość.

Wracam przez miasto pieszo. Miasto poddało się ulewie bez walki. Truchła studzienek kanalizacyjnych tryskają wodą pokonane, skapitulowane. Pewnie gdzieś komuś właśnie wlewa się woda do piwnicy, podmywa fundamenty, przerywa linie życia, niweczy plany, odbija w krzywym zwierciadle pieczołowicie planowaną przyszłość. Podpity małolat prosi „Panią” o papierosa. Jeszcze nie tak dawno temu zagaiłby laskę, dupę lub cizię. Nieuchronnie zbliża się czwarty krzyżyk, ostatnie namaszczenie przed zrzuceniem skóry, złuszczeniem się naskórka młodości.  

skomentuj (2)

ISTOTNE NIEISTOTNOŚCI 2010-06-29

Zapodziała mi się wiza to tego świata i nie wiem, jak mam się tu dostać z powrotem. Może klasycznie - od dupy strony?

skomentuj (3)

POLSKA MADONNO, SKĄD MASZ PIENIĄDZE NA CZYNSZ? 2009-07-11

Jolanta na prezydenta. Od lat powtarzany slogan, flirt i puszczanie medialnego oka w stronę byłej prezydentowej. Następnie jej kokieteryjne odmowy, podziękowania modnie skrojone, wyważone w długości i idealnie ułożone w grobowcu politycznej poprawności. Aleksander by rzekł „savoir vivre”. Słowiański romantyzm może poruszać. Może to właśnie Kwaśniewska, a nie mądra i rzadko możliwa do ogarnięcia przez przeciętną Kowalską Gretkowska, byłaby w stanie zaktywizować Polki, być może przekonać nawet kilku mężczyzn? Tylko co w tedy? Z politycznej republiki bananowej umościmy sobie francuski salon polityczny z bezami, herbatką i pocieraniem łydek o wersalski plusz? Bzdura i fantasmagoria, która mimo wszystko zdaje się łapać na haczyk i wciągać w marzenie o lepszej, utopijnej Polsce 50% społeczeństwa. Smutne, romantycznie smutne. Jola stała się polską Madonną. Cnotliwa, nienaganna, niemalże niedościgniona w swej doskonałości. Póki dziewicza. Dopóki nie pójdzie do łóżka z polityką, dopóty będą polerować jej ikony, grzać się w świetle odbijanym przez witrażyki. Jolanto, byłabyś cudownym prezydentem, ale nim nie bądź, bo cię znienawidzimy. Tak już po prostu mamy, taka nasza human (polish) nature.

Jeśli komuś się wydaje, że dziewictwo traci się raz w życiu, to jest w błędzie. Ja straciłam swoje kolejny raz. Teoretycznie bastion nie do zdobycia. Fortyfikacje, zasieki i zbrojni poddani, tresowani od lat – kuchnia. Nigdy nie gotowałam. Kuchnia od zawsze kojarzyła mi się romantycznie – jako miejsce przytulnych bibek, palenia papierosów w oknie, porannego czytania przy kawie, w końcu ołtarz łez osieroconych przez kochanków przyjaciółek, jadalnia i wychodek kocicy. Zaskoczona i lekko onieśmielona, poczułam jednak zwierzęcy zew, wewnętrzny imperatyw, by zdobyć pożywienie dla samca i podsunąć mu pod pysk. Oczywiście współczesne polowanie odbywa się przy pomocy karty kredytowej na polach hipermarketów, ale potrafi bywać równie niebezpieczne i pracochłonne. Podobało mi się, jednorazowo. Stale i niezmiennie doceniam komfort bycia w związku na odległość. Wciąż nie jestem ułożona, nieustannie czuję niepokój, regularnie przypływam i odpływam, otwieram i zamykam się na powrót. Wolna i zniewolona mogę operować pełną paletą barw, podziwiać zalążek z bezpiecznej odległości, stojąc poza polem rażenia. Ale zalążek rośnie, siłą rzeczy i natury musi wybrać między drogą rozwoju a śmierci. Wybór zaś będzie należał do mnie, do nas, do mnie…

Rozbawiona melodramatycznym zamieszaniem wokół zamachu na polską-katolicką rację stanu, na czele którego przypadkiem stanęła (nadepnęła na skamieniały odcisk?) Królowa anty-Madonna, podczytuję stronę Konfederacji ProPolonia. Zastanawiam się nad zasadnością nazwy. Portal żyje Madonną, przepraszam, anty Madonną. Większość debat, felietonów, niedorzecznych wywodów skupia się na amerykańskiej piosenkarce. Może jednak to ‘pro’ odnosi się do Polonii, tej, co to w Polsce posłać sobie nie chciała lub nie mogła? Brońmy ich przed powrotem, bo do czego tu wracać? Do kraju, w którym Komitet Obrony Wiary i Tradycji Narodowych musi podczepić się pod sutek anty-Madonny, by przetrwać?

„Ów występ należy odwołać. Winnych tego przedsięwzięcia trzeba ujawnić. Kościół i Naród powinien z mocą protestować: non possumus!”

Pocałujcie mnie w dupę :)

skomentuj (7)

LET THE RIGHT ONE IN 2009-06-19

To bardzo groźne myśleć, że Polska nie dojrzała do demokracji. Równie groźne, co łatwe, jest założyć, że wina leży po stronie tych przyssanych do koryta, politycznych lanserów i szermierzy. Moi znajomi nie głosowali. Bo nie warto, bo to nic nie zmieni. Jakby stanie w miejscu niosło ze sobą zmiany. Stagnacja upośledza, wiadomo. Z ręką na sercu przyznaję, że nie wiem czy było na kogo głosować, czy też nie. Wiem tylko, że tak, jak razi mnie obłuda polityków, tak samo mierzi mnie głupota i ignorancja wyborców. Pojęcie o polityce żadne, znajomość programów zerowa, głosowanie po kluczu partii lub gęby. Media nie wykreowały nowych idoli, to i nic dziwnego, że nie chce się wyjść z domu. Poszłam. Zagłosowałam. Wybrałam młodość, brak zmanierowania, wykształcenie. Ale wcale nie poczułam się lepiej, bo wiem, że w znacznej mierze i tak włożyłam dłoń w ciemną norę i nie wiem co mnie tam zastanie. Ciężko jednak winić za to norę, prawda?

Za Polski drewnianej szeptano mi do ucha, że w łóżku jestem dziwką. Taka forma komplementu w wydaniu męskim. Brałam to za dobrą monetę i pielęgnowałam w sercu pieszczące ego wspomnienie. Po tysiącach wymienionych słów, kokieteryjnych gestów i dwóch spotkaniach, kolejny raz przyszło mi wertować notatki i odgrzebywać wspomnienia na temat „co i jak się robi, kiedy światła zgasną”. Pod osłoną krakowskiej ciemności zabraliśmy się z T. do trzaskania ostatnich lodów. Chichotałam jak nastolatka, kiedy przyprószone zarostem lico mego oblubieńca zapoznawało się z każdym zakamarkiem ciała lodowatej Pomorzanki. Z pasją i poświęceniem tuliłam T. w dłoniach, chowałam jak skarb w ustach, pocierałam, gniotłam i penetrowałam. Zachwycona swoją obrotnością i pomysłowością, tak się podbudowałam, że nawet dyrygowałam jego jękami i postękiwaniami. Żeby mi ładne brzmiało, bo nie lubię mieć pod sobą niemej formy. Kiedy już nie tylko ucichł, ale miał jeszcze czelność zwiotczeć, oburzona zażądałam wyjaśnień. „Spuściłaś mnie 15 minut temu, Kochanie”. Cóż, moje przeoczenie. Jeny.

Planowane od lutego wakacje w Turcji, pomyślane jako wdech, wydech i jeszcze raz wdech, nieskrępowany obecnością absolutnie niczyją, poczęły się niewinnie modyfikować. Wstępnie wykluły się z nieudanej interakcji z K., teraz przepoczwarzyły w szkic upojnego lata z T. Kalkulujemy, sprawdzamy miejsca w samolocie…i sama nie wierzę, że tak strasznie rozmieniam się na drobne z wiadomego powodu. Co gorsza, teraz już nawet nie jestem pewna, czy chciałabym w ogóle lecieć w te osmańskie stepy bez T. pod ręką. Śmieję się sama z siebie, znajomi wtórują i przecierają oczy ze zdumienia. Bo chyba faktycznie upadłam na głowę. Wspominałam, że nacieram na noc stopy łojem z jelenia? Nie? No więc tak, tak właśnie robię. Skóra robi się gładka jak zad niemowlęcia i jest niewymownie urocza w dotyku. Objawia mi się syndrom zakochanej siksy.

Z życia wzięte – czytaj dzień, jak co dzień w pracy:

Klientka (nauczycielka) – Chciałabym zorganizować wycieczkę dla małych dzieci. Coś taniego i niedaleko. Może Słowiński Park Narodowy?

Ja: Jeśli ma być blisko i tanio, to SPN jest w sam raz.

K.: A co to SPN?

J: Słowiński Park Narodowy w skrócie…

K.: Tak? Jej, nie wiedziałam, że tak się to nazywa.

A myślałam, że to ja bywam bezkonkurencyjnie durna ;)

skomentuj (7)

ABNORMAL TERMINATION 2009-03-24

Wydaje mi się wielce prawdopodobne, że w niedalekiej przyszłości powiozą mnie na jakieś pole, obsiane psami, co to dupą szczekają, jak tę Jagnę na wozie z gnojem. Jestem niemoralna emocjonalnie. Obiektywnie stwierdzono, że robię ludziom sieczkę z mózgów. Ciężką pracą i niebywałym wręcz samozaparciem dorobiłam się miana niebezpiecznej. Zanotować – dwa fronty, proszę bardzo! Pamiętaj jednak blondyno, żeby nie tylko chłopy, ale i miasta różne były. Database updated.

T. pracuje po 16 godzin na dobę, co pozwala nam zachować bardzo higieniczny dystans. Rozumiemy się na poziomie intelektu. Nie onieśmielam go, nie peszę, nie daje się nabrać na gierki, zgrabnie rozgrywa każdą partię flirtu i kokieterii. Z moich dwóch wypowiedzianych słów odczytuje pozostałe 10, których powiedzieć nie planowałam, bo nie trącam nogą banału. Póki co szpiegujemy się wzajemnie, zastawiamy sidła i ważymy każde słowo, gest. Urzeka go mój krotofilny stosunek do jego pracy, pieniędzy, pozycji i tytułów. Mi odpowiada wąskość dzielonej czasoprzestrzeni. Jest dobrze.

Kuba pozostaje w stanie ostentacyjnego obrażenia. Czuje się zdradzony. Ponoć przeze mnie. Obraził się jeszcze mocniej kiedy wyznałam, że nie rozumiem dlaczego. Okazuje się, że „emocjonalne niuanse są zupełnie obce mojej zimnej naturze”. O! To się dowiedziałam…i tęgo zasromiłam, oczywiście.

Ulotność czasu przekłada się na nerwowe jego łapanie w chwilach życiowej pauzy. Zapycham uszy dziesiątkami albumów na zapas. Karmię oczy polecanymi filmami, z pożałowania godnym refleksem sprawdzam, gdzie powędrowały Oscary i weryfikuję. Wybaczam Kate, że pokonala Meryl. Zasłużenie, bardzo. ‘Milioner z Ulicy’ wzrusza, tak po ludzku i wcale nie amerykańsku, choć jest ponoć bollywoodzką personifikacją amerykańskiego snu. Namaste!

Siedzę napięta i wilgotna, mimo miękkiego fotela, lekkiego odzienia i braku bielizny. Marcowa ekstrawagancja, odzieżowa jazda bez pasów bezpieczeństwa. W odległości 3 metrów Nosowska zaczyna swój dziwny taniec połamaniec palców. Rzadko otwiera oczy. Marszczy się jak dziecko złapane na psocie, kiedy zapomina tekstu. Raz, jeden jedyny. Podczas „Kto tam u Ciebie jest” mam wrażenie, że za chwilę się rozpłacze … w sekundę dołączyłabym do szlochającego chórku. Po koncercie znika ze sceny szybciej, niż się pojawiła. Od początku do końca obecna szeptem, przejmująco wyartykułowana poezją. Jest wielka, a w tych 10-centymetrowych szpilkach jeszcze większa.

Poza tym – spokojnie. Co prawda staram się nie palić, ale wciąż zaśmiecam pulpit tapetami z gołymi chłopami, słucham porąbanej muzyki, której nikt normalny nie łyka, nudzę się tam, gdzie inni wzruszają, gubię tam, gdzie inni jak te ryby śmigają, a poluję w próżni. Trzymam bezpieczny dystans w stosunku do normy, cokolwiek to znaczy.

skomentuj (24)

Sigur Rós & Hilmar Örn Hilmarsson - Odin's Raven Magic Chapter 3 2009-02-12

Idąc za przykładem mojej ulubienicy:

IF SOMEONE SAYS "IS THIS OKAY" YOU SAY? A Fine Frenzy – Think of You
WHAT DO YOU LIKE IN A GUY/GIRL?
Kapela ze wsi Warszawa - Matecka
HOW DO YOU FEEL TODAY?  
PJ Harvey – The Dancer
WHAT IS YOUR LIFE'S PURPOSE? Placebo – Burger Queen
WHAT IS YOUR MOTTO? O.N.A. – Kwaśna Przygoda
WHAT DO YOUR FRIENDS THINK OF YOU? Bang Gang – Lost In Wonderland
WHAT DO YOU THINK OF YOUR PARENTS? Tori Amos – Body And Soul
WHAT DO YOU THINK ABOUT VERY OFTEN? Hole – Heaven Tonight
WHAT IS 2+2?  Andrew Lloyd Webber – Macavity, The Mystery Cat
WHAT DO YOU THINK OF YOUR BEST FRIEND?  Laurie Anderson – Bagpipe Solo
WHAT DO YOU THINK OF THE PERSON YOU LIKE?  Franz Schubert – Winterreise
WHAT IS YOUR LIFE STORY? Archive – The Way You Love Me
WHAT DO YOU WANT TO BE WHEN YOU GROW UP? Godsmack – Spiral
WHAT DO YOU THINK WHEN YOU SEE THE PERSON YOU LIKE? Stina Nordenstam – Winter Killing
WHAT DO YOUR PARENTS THINK OF YOU? Jem – On The Top of The World
WHAT WILL YOU DANCE TO AT YOUR WEDDING? Radiohead – Life In A Glass House
WHAT WILL THEY PLAY AT YOUR FUNERAL?  Cranberries – When You’re Gone
WHAT IS YOUR HOBBY/INTEREST? Maanam – Wyjątkowo Zimny Maj
WHAT DO YOU THINK OF YOUR FRIENDS? David Bowie – Changes
WHAT'S THE WORST THING THAT COULD HAPPEN? Siobhan Donaghy – Man Without Friends
HOW WILL YOU DIE?  Death In June – Till The Living Flesh Is Burned (więc jednak wiedźma?)
WHAT IS THE ONE THING YOU REGRET?  Elliot Goldenthal – The Journey
WHAT MAKES YOU LAUGH?  Dead Can Dance – Frontier
WHAT MAKES YOU CRY? Lush – Ciao!
WILL YOU EVER GET MARRIED?  Brendan Perry – Death Will Be My Bride
WHAT SCARES YOU THE MOST? Michael Nyman – The Embrace
DOES ANYONE LIKE YOU? Cocteau Twins – Wax And Wane
IF YOU COULD GO BACK IN TIME, WHAT WOULD YOU CHANGE? CocoRosie – Butterscotch
WHAT HURTS YOU RIGHT NOW?   Varius Manx – In spite of All
WHAT WILL YOU POST THIS AS? Sigur Rós & Hilmar Örn Hilmarsson - Odin's Raven Magic Chapter 3

skomentuj (11)

WISE MAN'S BLUES 2009-02-08

Zima rozluźniła uścisk, ulice zalały się słonymi łzami, termometry przepowiadają kolejne zmartwychwstanie. Świeżo połamane nogi, pogruchotane karoserie i zasmarkane nosy dowodzą, że ludzie zwyczajnie nie mają poczucia humoru, nie znają się na żartach. Brak wątpliwości i spokojny sen nie zawsze wychodzi na zdrowie.

Zamiast skupić się na pełnej polotu i humoru reklamie firmy, dyryguję papierosem kolejne takty Archive, grają odkładnie, jak im każę. Zamykam oczy i udaję, że wcale nie stoi przede mną laptop, nie widzę jego rozwartej gęby i świecącego pustką dokumentu. Podglądam strony konkurencji, może jakiś pomysł, punkt wyjścia lub choćby zaczepienia. Nic. Kserobite banialuki, nekrologi. Jestem w kropce. Na piśmie potrafię reklamować jedynie siebie.

W ramach reanimacji obumarłej przyjaźni, umawiamy się w sobotę do pubu o wdzięcznej nazwie „Budda”. Zestaw personalny jest wierną kopią obłożenia stołu w uczelnianym bufecie. Po krótkim wstępie zaczyna się tyrada o pracy, każdy w swoją mańkę. Jak stare zgredy, wynudzone japiszony, tyle, że bez apartamentów, odrzutowców i wakacji w pierdo-lulu. Jedynie E. siedzi jak zwykle cicho, mruga oczu oceanem i bezgłośnie przeprasza za swoją obecność. Proponuję jej pracę, potrzebna sekretarka od zaraz, nie musi wiele umieć, powinna jedynie szybko się uczyć i być z polecenia osoby zaufanej. Dziecko ma odchowane, może posłać do żłoba, nie widzę problemu. Sypię jej mannę z nieba prosto do ust. Nigdy wcześniej nie pracowała, dwa lata po studiach spędzone na niańczeniu dziecka marynarza, na rynku pracy jest bez szans. Dziękuje za propozycję, przeprasza, nie skorzysta. Nie próbuje nawet silić się na entuzjazm, jest w ciąży. Waham się chwilę za długo. Nie wiem … gratulować, współczuć. Pieprzona aporema. Ostatecznie w pierwszej kolejności gratuluję, potem współczuję. Co na to mąż? Podobnie. Jeśli E. ledwo daje sobie radę z jednym berbeciem, co będzie przy dwójce? Pytam domniemanego ojca o dawcę spermy. Patrzy jak na idiotkę. Pytam drugi raz, okazuje się, że jego. Tak więc to Twój szczęśliwy numerek. Jak nie możesz zajmować się dziećmi, to ich nie rób. Albo zmień pracę. Etap wyjścia z wody mamy już za sobą, drogą ewolucji doczłapaliśmy się na ląd. Chyba, że nie bez przyczyny jesteś marynarzem? Obraża się. W końcu ktoś musi zarabiać, jak nie on to kto? E. udaje, że nie słyszy. Słyszała. Cóż miała zrobić, przytaknąć?

Palcem na mapie planuję wakacje. Kilometry przeliczam na złotówki, złotówki na Euro. Kuba chce do Juraty, siła przyzwyczajenia. Niestety, nie żartował. Urażony moim rozbawieniem pośpiesznie zaczyna się usprawiedliwiać, że ładnie, że nie tak drogo, ma ulubione miejsca, hotele. Postuluje kompromis. Wybieram wolność i samotność w Turcji. Tak się kończą kompromisy z blondynkami, odwieczny konflikt północy z południem. Mój chłód onieśmiela, jego żar spala. Podręcznikowe love story z dramatem w zanadrzu, tak bardzo nośne w teorii, tak strasznie niepraktyczne w życiu. Nie moja bajka.

skomentuj (3)

ELEPHANT WOMAN 2009-01-18

Kuba zaczyna planować. Wspomina o urządzeniu mieszkania, projektuje zalążek związku, zapładnia go swoimi emocjonalnymi plemnikami. Jestem jałowa, dosłownie i w przenośni. Nie wierzę w miłość na odległość, nie w kraju bez autostrad.

skomentuj (6)

THE SEA IS CALM 2009-01-12

Dzień przed Nowym Rokiem biurowe święto trzech króli. Loża współwłaścicieli życzy nam, żeby praca nie wpływała negatywnie na nasze życie prywatne. No problem. Jakie życie prywatne? Tak długo, jak siłownie będą czynne do 22, a LPG nie wychyli się ponad 3 zł, będzie ok.

Kuba skończył przygotowania do koncertu Owsiaka. Podpuszczona przez media dopytuję, czy płacił wykonawcom. „Zawsze się płaci, rzadko nie biorą”. Ot, proste i logiczne. W jego przekazie beznamiętne. Podczas gdy ja zawiązuję duchowy pakt z Hołdysem i łączę nazwiska z chujami w mało wdzięczne związki frazeologiczne, Kubek martwi się, że jak zwykle koszty przewyższą dochód z imprezy.

Oglądam „Fridę”. Salma Hayek rozczarowuje w każdy możliwy sposób. Zastanawiam się, na co komu inne aktorki, skoro jest Meryl Streep? Ona przecież zagra wszystko. Wzrusza za to sama Kahlo. Płaczę patrząc na obrazy.

"Der Mensch ist erst wirklich tot, wenn niemand mehr an ihn denkt" – twierdził Pan Brecht.
Jeśli w najbliższym czasie nie zacznę inwestować w relacje międzyludzkie, będę pierwszą, która zemrze w wersji (a)live.

skomentuj (2)


Najlepsze Blogi



Maryśka Cz.
Kryśka J.

Junkie
Agniusza
Brovary
Jebie
Eve
Martyna
Ruda
Majka
Kocica

@puss blog.pl

stat4u